Jeszcze tego samego dnia policjanci nieoficjalnie informowali, że do zderzenia mógł doprowadzić funkcjonariusz BOR poprzez nieostrożną zmianę pasa ruchu. Możliwe, że wykonał ten manewr znienacka i gwałtownie, czym zaskoczył kierującą citroenem. Kobieta nie miała czasu, by zareagować, wcisnąć hamulec, uniknąć zderzenia. Taka była jedna wersja zdarzenia. Druga wersja - kobieta zagapiła się. Wymusiła pierwszeństwo wyjeżdżając z ulicy podporządkowanej. Trzecia wersja - wyjechała, kiedy rządowe auto było jeszcze zbyt blisko i dlatego doszło do kolizji.
Doświadczenie życiowe podpowiada jedno. Kolumny rządowe jeżdżą zbyt szybko. Nie istnieją dla nich ograniczenia do 50 km/h w mieście. A tym bardziej ograniczenia do 40 czy 40 km/h. Takie są względy bezpieczeństwa. Bo Polska jest krajem, w którym co najmniej 14 razy na godzinę, 2 tys. razy na dobę i 40 mln razy w ciągu roku organizuje się zamachy na życie prezydenta i innych naszych bezcennych oficjeli. Dla ratowania ich życia BOR ma prawo rozjeżdżać Bogu ducha winnych ludzi i jeździć z prędkościami, za które zwykłym obywatelom będzie od razu (jest taki projekt, że w momencie stwierdzenia wykroczenia przez policję) zabierane prawo jazdy.
Kobieta kierująca citroenem twierdziła, że samochody z eskorty prezydenta Komorowskiego nie miały załączonych "kogutów". W świetle prawa nie byłyby więc uprzywilejowane. Wyjaśnianie okoliczności zderzenia trwało i trwało. Dopiero po dwóch godzinach spędzonych na mrozie kobietę i jej dziecko zaproszono do Pałacu Prezydenckiego na herbatę. Ale na tym nie koniec. To ona została skazana, nie funkcjonariusz. Sąd uznał, że to ona jest winna, ponieważ nie wolno jej było ruszyć ze skrzyżowania, gdy zapaliło się dla niej zielone światło. Pewnie, gdyby taranowano jej samochód, też zostałaby skazana za uszkodzenie rządowej fury. Ma do zapłacenia grzywnę wynoszącą 600 zł. Niech wie, gdzie jej miejsce.
Skazana postanowiła ujawnić swoją tożsamość. Wraz z innymi upubliczniamy jej list do prezydenta Bronisława Komorowskiego. Skazana pisze w nim tak:
"Szanowny Panie Prezydencie,
Przykro mi, że list, który napisałam do Pańskiej Małżonki przed Świętami Bożego Narodzenia pozostał bez odpowiedzi. W liście tym opisałam bardzo przykrą dla mnie sytuację, gdzie prowadzone przeze mnie auto zderzyło się z nieoznakowanym autem BOR-u, którym Pan podróżował. Najwyraźniej szkody, które wtedy ponieśliśmy (uraz kręgosłupa szyjnego oraz trauma moja i dziecka) są dla Państwa nieistotne.
Pragnę nadmienić, że cieszę się, że wybrał Pan "zgodę i bezpieczeństwo" w swojej kampanii wyborczej, gdyż w nawiązaniu do 10.12.2014 roku (dzień kolizji) trudno mówić o jakimkolwiek poczuciu bezpieczeństwa (przynajmniej z mojej perspektywy). Szkoda tylko, że pozostał Pan obojętny na ludzką krzywdę, która była konsekwencją tego nieprzyjemnego incydentu. W tym momencie nie czuję się prawowitą obywatelką tego kraju, bo potraktowano mnie wyjątkowo niesprawiedliwie próbując zrobić ze mnie kozła ofiarnego, ignorując ewidentne łamanie przepisów przez kierowców z BOR-u, którzy czują się bezkarnie jeżdżąc jak piraci drogowi.
Mimo to, wierzę (może naiwnie) w zmiany i lepsze jutro.
Z poważaniem,
Natalia Arnal".
Pani Natalio. Może kto inny powinien Panią przeprosić. Skoro się na to nie zdobył, czynimy to my. Przepraszamy. Naprawdę bardzo nam przykro. Z całego serca przepraszamy za butę i arogancję władzy. I tę powszechną pogardę do zwykłych obywateli. Prosimy o wybaczenie i to, że cisną nam się na usta najgorsze obelgi. Mamy nadzieję, że nam Pani wybaczy.
Prześladowani.pl