Na różne zagrożenia wskazywał Bolesław Piecha, były wiceminister zdrowia w rządzie PiS. Szybko okazało się, że poseł miał rację. Nagle tysiące ludzi odesłano od lekarzy z przysłowiowym kwitkiem i to nie tylko pracujących na umowę-zlecenie. Konstytucyjnego prawa do bezpłatnej opieki zdrowotnej odmawiano uczniom, którzy ukończyli 18 lat, a rodzice nie zgłosili ich do ubezpieczenia, studentom, którzy podczas wakacji podjęli choćby kilkudniową pracę, wreszcie współmałżonkom osób ubezpieczonych, którzy podjęli się jednorazowego zlecenia i wielu innym.
Roczny koszt utrzymania e-WUŚ przekracza 22 miliony złotych, tymczasem zdaniem Macieja Hamankiewicza, prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej, o wiele tańsze byłoby uznanie wszystkich Polaków za osoby posiadające ubezpieczenie zdrowotne, czyli realizowanie naszych konstytucyjnych praw.
System, oprócz tego, że drogi i całkowicie zbędny, niesie za sobą inne niebezpieczeństwa. Systemowe udostępnienie wszystkim lekarzom danych wszystkich pacjentów spowoduje, że tajemnica lekarska stanie się fikcją – ostrzegał dwa lata temu dr Krzysztof Nyczaj, konsultant w Głównym Urzędzie Statystycznym, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej. Potwierdził to ówczesny Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych Wojciech Wiewiórowski zauważając, że podczas logowania się do systemu trzeba podać zbyt mało danych i osoba niepowołana łatwo może podszyć się pod świadczeniobiorcę.
Po co więc marnuje się dziesiątki milionów złotych na rzecz wadliwą, niepotrzebną i niebezpieczną? Jedynym powodem, jaki przychodzi nam do głowy, jest pragnienie coraz szerszej i głębszej inwigilacji. Odpowiednie służby jednym kliknięciem w klawiaturę będą miały dostęp do tzw. danych wrażliwych każdego z kilkudziesięciu milionów obywateli RP. Gdyby odrzucić zwykłą, urzędniczą głupotę, to wyjaśnienie wydaje się jedynym racjonalnym. Choć z drugiej strony jedno nie wyklucza drugiego. Głupców najłatwiej wykorzystać.