Wydrukuj tę stronę

Rzeczpospolita mandatowa. Część I

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dobry obywatel to taki, który łamie przepisy drogowe lub inne i płaci mandaty. Dlaczego? Ano dlatego, że w ten sposób pomaga łatać dziurę budżetową.

Kary finansowe są jedną z najszybciej rosnących pozycji po stronie wpływów do budżetu państwa. Przynoszą tylko trochę mniej pieniędzy niż podatek dochodowy CIT. Fotoradar, zamontowany trzy lata temu na jednym z warszawskich skrzyżowań zarobił milion złotych w ciągu zaledwie kilku tygodni.

 

Systemy fotoradarowe w od wielu, wielu miesięcy, by nie rzec, że już od lat, stanowią najprawdziwszą żyłę złota – zarówno dla budżetu państwa, jak i tych gminnych. Na ma się więc co dziwić, że karanie mandatami staje się naszą narodową specjalnością. Choć bardziej prawidłowo by brzmiało – specjalnością państwa polskiego.

Karać, karać, karać. Oto, co umieją ci, którzy rządzą Polską.

W roku 2013 Inspekcja Transportu Drogowego miała zapewnić budżetowi państwa 1,5 miliarda zł dochodów, czyli o 30 proc. więcej niż w 2012! To średnio 100 zł kary w przeliczeniu na każdy zarejestrowany w Polsce samochód. Jak się jednak okazało w 2013 r. państwo zarobiło na mandatach „zaledwie” ok. 65 mln. Niby dużo więcej niż przed rokiem (32 mln zł), ale wciąż 17 razy mniej niż zakładał plan. Ach ci niewdzięczni kierowcy, nie rozumiejący wyższych potrzeb. Toteż w ubiegłym roku jednak postawiono więcej radarów i udało się podnieść poprzeczkę do 83 milionów zł.

Ale oprócz kierowców, nieźle można zarobić też na ulicznych handlarzach, rowerzystach przejeżdżających po pasach i tych, którzy przewrócili się na ulicy „stwarzając zagrożenie drogowe”.

Głośną stała się już historia 18-latka z pomorskiej Kościerzyny, który w miejscu, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do 30 km/h został złapany przez fotoradar pedałując z prędkością 46 km/h. I jako pierwszy odkrył, że coś jest nie tak z przepisami nakazującymi bezwzględne karanie rowerzystów przekraczających dozwoloną prędkość, skoro nie istnieją żadne przepisy wymagające posiadania zainstalowanego na rowerze prędkościomierza.

Niedawno wokalistka Urszula Dudziak, jedna z największych polskich artystek, skarżyła się na swoim blogu, że musiała zapłacić 500 zł kary za... ćwiczenie swoich wokaliz o godzinie 22.15, czyli w porze, kiedy niektóre ulice są pełne rozwrzeszczanych pijaków, wracających z zamykanych właśnie knajp. Ich nikt nie karze, chociaż zakłócają ciszę nocną fałszując tony, becząc, rycząc i bekając. Dlaczego Dudziak popełnia wykroczenie, a oni nie? Bo z większości bekających pijaczków i tak nie da się wyciągnąć zbyt wiele pieniędzy.

A pewien mieszkaniec Słupska, choć wokaliz nie ćwiczył, to i tak został ukazany. Ktoś zajął jego miejsce parkingowe. – Mam kartę parkingową osoby niepełnosprawnej. Chciałem zaparkować samochód na Starym Rynku, w miejscu oznaczonym dla osób niepełnosprawnych. Było jednak zajęte. Zostawiłem więc samochód obok i poszedłem do banku wypłacić pieniądze, aby wykupić bilet. W tym czasie dostałem karę – skarżył się mężczyzna.

 

Część II jutro. Będzie równie genialnie. Na części II kończymy omawiać ten temat (na razie), ale obiecujemy, że jeszcze do niego wrócimy.

Ostatnio zmieniany piątek, 10 kwiecień 2015 22:01