Niedawno mieliśmy aferę z parlamentarzystami, którzy „latali samochodami” czyli mówiąc najprościej – brali ekwiwalent za paliwo zużyte w trakcie podróży samochodem do Madrytu, a tak naprawdę latali tanimi liniami lotniczymi, zatrzymując sobie niemałe pieniądze, stanowiące różnicę pomiędzy rzekomo spaloną benzyną a biletem taniej linii.
Kiedy sprawa wyszła na jaw, postanowiono przyjrzeć się wszystkim podróżom. Z listy poselskich wojaży, które opublikowała Kancelaria Sejmu wynika, że posłowie VII kadencji wydali na wyjazdy zagraniczne ponad 8,6 miliona złotych.
Kierunki podróży były bardzo zróżnicowane. Od spotkań Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, poprzez spotkania z Polonią, po posiedzenia i misje OBWE. Czyli normalka. Zdarzały się jednak także wyjazdy nader egzotyczne, na przykład: Kampala, Johannesburg, Meksyk, Addis Abeba, Abudża i Lusaka. Koszty wyjazdów też są bardzo różne.
Najwięcej zapłaciliśmy za pięciodniowy pobyt posła Adama Szejnfelda z PO w Meksyku w 2012 roku - ponad 27 tysięcy złotych. Zdarzały się też grupowe wyjazdy np. na spotkanie Unii Międzyparlamentarnej oraz spotkanie Stowarzyszenia Sekretarzy Generalnych, gdzie delegacja dla każdego posła kosztowała od 19 do 26 tys. złotych. Rekordzistą pod względem sumy kosztów podróży jest poseł Tadeusz Iwiński z SLD. Jego delegacje kosztowały Sejm w sumie ponad 320 tys. złotych.
Nie mniej chętni do zwiedzania są przedstawiciele rządu. Cztery lata temu Ministerstwo Rolnictwa ufundowało swoim urzędnikom sześciodniową wycieczkę do słonecznej Portugalii, której koszt wyniósł 55 tysięcy złotych. Dodajmy, że sponsorem wycieczki nie był minister Marek Sawicki ani żadne biuro podróży, tylko my wszyscy poprzez nasze podatki.
Część II jutro.
