Przypomnijmy, że Koleje Śląskie przewożą 16 mln pasażerów rocznie, na 11 liniach w województwie. Obracają rocznym budżetem w wysokości 230 mln zł. Były prezes Bytomskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego został prezesem Kolei Śląskich niespełna dwa lata temu. Jego kwalifikacje od początku budziły sporo wątpliwości. Głównym zarzutem było to, że może i znał się na śmieciach, ale nie na transporcie i to na tak znaczącą skalę.
Koleje Śląskie były w katastrofalnej sytuacji. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy udało się jednak ustabilizować sytuację finansową spółki na tyle, że prezes i jego zastępcy przyznali sobie podwyżki w wysokości 3 tys. zł.
Biuro prasowe Kolei Śląskich tłumaczyło podwyżki tym, że: „spółka prowadzi działalność znacznych rozmiarów, zakresy zleconych zadań zarządowi i odpowiedzialności uprawniają do ustalenia wynagrodzenia w wyższej wysokości niż dotychczas”.
Mimo że zdaniem biura prasowego było tak dobrze, prezes został odwołany. Podobną przyczyną były wyniki kontroli Urzędu Transportu Kolejowego, które wykazały uchybienia w zakresie administrowania taborem spółki. Nieoficjalnie mówi się też o międzypartyjnych rozgrywkach.
Prezes został odwołany ze stanowiska 13 lipca br. przez radę nadzorczą, pod pretekstem „problemów wizerunkowych. Otrzyma 40 tys. złotych odprawy, po czym... wraca do Kolei Śląskich na nowo utworzone stanowisko kierownika audytu wewnętrznego i kontroli.
Zdaniem Michała Wawrzaszka, rzecznika Kolei Śląskich, odwołany prezes jest osobą, której doświadczenie, kompetencje, znajomość firmy i wiedzę w zarządzaniu Kolejami Śląskimi można wykorzystać. Pytanie tylko czy tych zalet byłego już prezesa nie można było wykorzystywać nadal bez zwalniania go? A skoro trzeba było go odwoływać, to być może, opinia rzecznika na temat jego wysokich kompetencji jest jednak są nieco przesadzona?