Rządzący robią sobie z nas jaja. Likwidacja składek ZUS i zdrowotnych, niższe podatki. Stanowczo uważają nas za idiotów.
Na razie jest jak jest. Czyli płacimy, a i tak często nic z tego nie mamy.
Płacenie składki na ubezpieczenie rentowe wcale nie gwarantuje zabezpieczenia na wypadek niezdolności do pracy. Przepisy bowiem są tak skonstruowane, że jeśli minie półtoraroczny okres ochronny od zakończenia zatrudnienia, a człowiek zachoruje, dostaje figę z makiem. Nawet jeśli człowiek płacił grzecznie przez kilkadziesiąt lat. Np. jesteś kobietą z 20-letnim okresem składkowym czy mężczyzną o 25-letnim stażu ubezpieczeniowym. I masz wielkie zero. Im więcej lat pracowałeś, płacąc przy okazji składki, tym gorzej dla ciebie, bo zrujnowałeś zdrowie, zabrali ci pieniądze pieniądze (w tej chwili to ponad 190 zł miesięcznie) i zostajesz na lodzie.
Renta? Owszem, ale tylko pod warunkiem, że lekarz orzecznik ZUS stwierdzi całkowitą niezdolność do pracy. Ci jednak najczęściej nadają status osoby częściowo niezdolnej do pracy.
W rezultacie, pomimo opłacania składek przez pracodawcę nawet przez kilkadziesiąt lat, ludzie z długim stażem pracy zostają z niczym. A jako osoby schorowane i w wieku – mówiąc delikatnie – zbyt dojrzałym, nie mogą znaleźć zatrudnienia. Państwo skazuje ich na wegetację. Zresztą to nawet nie zbyt duża ilość lat i choroba są tu przeszkodą, ale właśnie ów brak renty. Pracodawcy chętnie przymykają oko na takie "drobiazgi", jak dojrzały wiek, czy nie najlepszy stan zdrowia pracownika pod warunkiem, że to nie oni będą musieli opłacać za niego składki ZUS.
Temat kontynuujemy jutro.