Wydrukuj tę stronę

Andrzej usłyszał od Ojczyzny - won!

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dziadowskiego państwa ciąg dalszy. Niedokształceni urzędnicy i głupie procedury. A życie młodego człowieka nieważne! - ten komentarz jednego z internautów, jak ulał pasuje do tej historii.

22 lata temu Andrzej Mykyrtczian, jako dwuletnie dziecko wraz z rodzicami musiał uciekać. Wtedy, w Górskim Karabachu trwały krwawe walki, a oni mieszkali tylko 60 km od azerskiej granicy.

We Wrocławiu do którego trafił wraz z rodzicami, mieszkał całe swoje życie. Po polsku mówi jak rodowity Polak, bez żadnego akcentu, ma tu rodzinę, dziewczynę, znajomych i przyjaciół. Nigdzie stad nie wyjeżdżał i nigdy nie był w swoim kraju. Tu chodził do szkoły podstawowej i do gimnazjum. Jest Polakiem.

Mając 15 lat musiał się usamodzielnić.

– Atmosfera w domu była napięta i poszedłem na swoje. Miałem problemy, ale udało mi się urządzić życie, poznać wielu przyjaciół, samemu się utrzymać. Czasem spotykałem się z niechęcią czy nawet agresją na tle rasistowskim, ale to były incydenty – opowiada Andrzej. - To był trudny okres w moim życiu. Uznałem, że skoro nie będę mógł studiować, to nie ma sensu dalej się uczyć (musiał sam na siebie pracować). A chciałbym wrócić do nauki i pójść na studia biotechnologiczne, czy chemiczne. Ostatnio poszedłem do szkoły w której się uczyłem. Tam powiedzieli, że byłem dzieckiem z ich regionu więc mnie przyjęli.

Nikt nigdy w szkołach nie pytał go o legalność pobytu. Przez lata utrzymywał się z różnych dorywczych prac, nikt go też tam o papiery nie pytał. Wiadomo, 15-latek nie może legalnie pracować bez zgody rodziców. Teraz też pracuje nielegalnie, a że jest dobrym pracownikiem dostał propozycję etatowej pracy. Niestety, nie może z niej skorzystać.

Sześć lat temu, gdy jechał z kolegą samochodem wylegitymowała go policja i dostał decyzję, która zobowiązywała go do opuszczenia kraju. Co prawda nikt jej nie egzekwował, ale to wtedy, jako 18-latek, zainteresował się swoim statusem. Napisał podanie do wojewody z prośbą o zalegalizowanie pobytu. Niestety wniosek był podobno źle napisany i urząd go odrzucił.

W 2012 roku miał następną szansę, zaczęła się abolicja i można było zalegalizować pobyt. Wtedy poszedł na spotkanie z kierownikiem wydziału ds. cudzoziemców w Urzędzie Wojewódzkim, niestety nic i tym razem nie wskórał. Jedyny dokument jaki miał, legitymacja szkolna, urzędnikom nie odpowiadał, a Ambasada Armenii nie chciała mu wystawić żadnego dokumentu.

Formalną decyzję o wydaleniu z Polski dostał w ubiegłym roku. Nie odwołał się od niej, za to pisał prośby o pomoc do różnych instytucji i fundacji, ale nie znalazł się nikt, kto by mu chciał pomóc. On zwyczajnie czuł się bezsilny i bezradny. Pamiętajmy, że skończył przecież tylko gimnazjum.

Napisał jeszcze do komendanta Straży Granicznej o zgodę na pobyt tolerowany lub pobyt ze względów humanitarnych, ale i na tę prośbę dostał odmowę na początku grudnia. Straż Graniczna nie znalazła przesłanek do udzielenia zgody, bo nikt wcześniej też takich nie widział. A czy to nie dla takich właśnie przypadków istnieje status pobytu ze względów humanitarnych lub pobytu tolerowanego? Przecież gdyby ktoś wcześniej zalegalizował jego pobyt, to Andrzej nie musiałby o to prosić komendanta SG. Gdzie tu logika?

Andrzej złożył odwołanie od decyzji do szefa Urzędu ds. Cudzoziemców i jest to już jego, naprawdę, ostatnia szansa.

- Nie wyobrażam sobie wyjazdu do Armenii. To dla mnie jest obcy kraj, nikogo tam nie znam. Tu w Polsce mam kolegów i przyjaciół, tu jest całe moje życie – mówi Andrzej.

Daniel Witko, prawnik zajmujący się na co dzień imigrantami w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, uważa, że decyzje wszystkich po kolei urzędników są skandaliczne. Przecież jeśli kogoś, kto nie zna nawet języka, deportuje się do kraju z którym nie ma nic wspólnego, a czeka go tam jedynie wojsko, albo więzienie (bo „uchylił się” od służby wojskowe). To jest to niehumanitarne. I sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Mamy katastrofę demograficzną. Polaków ubywa. Państwo stosuje becikowe, by zachęcić obywateli do posiadania dzieci. Martwimy się również ogromną emigracją. A tu, jednego z Polaków, bez sensu i w bezduszny sposób, wyrzucamy z kraju.

- Straż Graniczna od maja przejęła od wojewodów wydawanie decyzji w tych sprawach. A to wymaga znajomości nie tylko polskiej ustawy o cudzoziemcach, ale także orzecznictwa trybunału strasburskiego. Coraz częściej mamy skargi na strażników. Mam nadzieję, że w drugiej instancji sprawa będzie dokładniej wyjaśniona – mówi ekspert.

Przez tyle lat Polak (bo Andrzej Mykyrtczian czuje się Polakiem) o korzeniach ormiańskich, błąkając się po urzędach nie znalazł żadnej pomocy. Chyba coś się urzędnikom pomyliło. Oni są od tego, żeby pomagać ludziom, a nie tylko wydawać decyzje, może i czasem zgodne z literą prawa, ale nie mające nic wspólnego z jego duchem.

źródła:

wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,138764,17142605.html#live

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/51,35771,17142605.html?i=0

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 02 luty 2015 08:27