Wydrukuj tę stronę

Baty za pracowitość

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Miliony Polaków dostają baty od państwa za to, że chcą pracować, zarabiać dla siebie i dla rodziny, płacić podatki. Tych ludzi się niszczy na wiele różnych sposobów. Ten jest szczególnie obrzydliwy.

Adam M. (imię zostało zmienione) jakiś czas temu prowadził działalność gospodarczą. Nie był to wielki biznes, raczej jednoosobowa firma do założenia której zobowiązał go były szef, zmęczony „użeraniem się z zusem” - jak mówił. Co wcale nie powinno dziwić.

Adamowi miała się taka zmiana opłacić i początkowo tak było, potem jednak szefowi wiodło się coraz gorzej, zatem i sytuacja Adama się pogarszała. Były szef zamknął biznes, Adam łapał zlecenia, które pozwoliły egzystować jego rodzinie, ale nie wystarczyły na opłacenie wynoszących ponad 1 tys. zł składek do ZUS. W końcu zawiesił działalność, zaczął pracę na umowę zlecenie. Przyszła wypłata, a wówczas okazało się, że nie dostanie ani grosza, ponieważ urząd skarbowy wydał postanowienie „o zajęciu wierzytelności” na poczet zaległych składek. „Pieniądze otrzymywane z tytułu umów cywilnoprawnych nie są wynagrodzeniem w rozumieniu przepisów Kodeksu pracy, dlatego nie podlegają ochronie jak wynagrodzenie za pracę. Potrąceniu podlega cała kwota” - usłyszał od księgowej. Tak więc pan Adam nie dostał ani grosza. Co gorsza – nie mógł się zgłosić także do żadnej instytucji o pomoc. Dlaczego? Dlatego, że kwota, którą zarobił, ale nie dostał, była zbyt wysoka. Toteż pan Adam nie podlega ustawie o pomocy społecznej. Nic tylko powiesić się, a wcześniej zaszlachtować żonę i dzieci.

A potem ZUS poprzez komornika zwrócił się o zaległe pieniądze do firmy, która sama go kantuje zatrudniając ludzi na umowy śmieciowe. Sytuacja byłaby przekomiczna, gdyby nie to, że rodzina pana M została bez środków do życia.

No więc nikomu nie zadamy zagadki, która brzmi następująco: Czy w dzisiejszej Polsce ktokolwiek może pracować za darmo? W kraju, w którym media ubolewają nad losem szwaczek z Kambodży i Bangladeszu, wydawałoby się to przecież niemożliwe... A jednak tak bywa i to wcale nierzadko.

Tym razem nie chodzi tu o osoby nabite w tak zwane „bezpłatne staże” w różnych firmach i instytucjach, gdzie robią za jeleni wierzących w to, że się tam czegokolwiek nauczą. Podczas gdy jedyną wyniesioną stamtąd wiedzą jest to, jak wydymać frajerów.

Nie chodzi też o ludzi, którzy uczestniczą w „castingach na pracownika”, polegających na tym, że co tydzień „sprawdzany” jest ktoś inny (pracujący oczywiście na próbę, czyli za darmo). A z tym, kto okaże się najlepszy zostanie podpisana umowa o pracę. Jak się nietrudno domyślić, pracodawca nie może podjąć decyzji miesiącami.

Wiedza ta skądinąd bywa przydatna choćby po to, żeby nie dać się oszukać następnym razem. Na przykład na stanowisku urzędnika państwowego.

Kanciarskie państwo nie tylko toleruje kanciarskie obyczaje, ale samo do kantowania zachęca.

Przypadek pana Adama może dotyczyć około półtora miliona Polaków (optymistycznie licząc). Czyli tych, którzy pracują na podstawie umów cywilno-prawnych. Nie na darmo umowy takie nazywa się „śmieciówkami”, bo nadają się głównie do tego aby się nimi podetrzeć. Nie dość, że nie gwarantują one żadnych praw: do urlopu, do chorowania czasem także do wizyty u lekarza, okazuje się, że ktoś, kto wykonał pracę, może nie zobaczyć ani grosza z zarobionych w pocie czoła pieniędzy i to w świetle obowiązujących przepisów. Bo mu je państwo zabierze.

Przypominamy. Ten los może spotkać każdego, kto nie ma umowy o pracę, a ma na karku komornika lub poborców skarbowych. A państwo nie życzy sobie obywateli pracujących na etatach. Takie bowiem stworzyło regulacje, że dla większości biznesmenów słowo etat kojarzy się z zagrożeniem. Po prostu dno.

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 02 luty 2015 14:03