Roman Szewczuk z Legnicy długo odkładał pieniądze na samochód. W końcu udało mu się. We wrześniu 2004 roku kupił używanego Forda Scorpio za 1,5 tys. zł. Początkowo sprzedający chciał 1,8 tys. ale panu Romanowi udało się trzysta złotych utargować. Jego szczęście nie trwało jednak długo. Niedługo po tym znajomy poinformował go, że policja ogląda jego auto. Kiedy wyszedł, samochodu już nie było. Zaniepokojony od razu skontaktował się z naszymi stróżami prawa, aby dowiedzieć, o co chodzi i przeżył niemały szok, dowiadując się, że „istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa przy jego samochodzie” i musi on teraz zostać poddany ekspertyzie.
Potem kazało się, że jego samochód, tak naprawdę był pojazdem złożonym z dwóch różnych Fordów Scorpio. Co gorsza, jeden z nich sprowadzony został z Niemiec bez opłaty celnej. Zdziwienie mężczyzny nie miało granic, ponieważ kiedy kupował auto, było ono już zarejestrowane w Polsce i przeszło przegląd techniczny. Poza tym pan Roman dokładnie sprawdzał numery silnika z numerami w dowodzie rejestracyjnym. Jednak numer podwozia był inny. Tyle, że Szewczuk nie przypuszczał,że tak naprawdę kupiony przez niego samochód to składak i nie miał podstaw żeby sprawdzać jeszcze kolejny, o wiele trudniej dostępny numer. Został oszukany. To on padł ofiarą przestępstwa.
Mariusz K., sprzedający feralny samochód przyznał się, że wymontował z polskiego pojazdu silnik wraz z tabliczką znamionową i przełożył je do innego Forda Scorpio, który wcześniej został sprowadzony z Niemiec bez opłaty celnej. Tak przerobiony pojazd sprzedał Romanowi Szewczukowi, o niczym go nie informując. Po tym wyznaniu K. dobrowolnie poddał się karze. Wydawałoby się, ze na tym problemy pana Romana powinny się skończyć, a tu figa. Celnicy uznali bowiem, że jako nowy właściciel pojazdu ponosi on solidarną odpowiedzialność za zobowiązania celno-podatkowe, których nie uiścił poprzedni właściciel pojazdu. Urzędnicy uznali, że Szewczuk nie dochował należytej staranności dokonując zakupu auta. Z wartego 1,5 -1,8 tys. zł pojazdu celnicy naliczyli sobie łącznie ponad 50 tys. zł kar i opłat, które spłaca wyłącznie pokrzywdzony Roman Szewczuk. Łajdactwo, to mało powiedziane. Celnicy ukarali człowieka, za to, że został oszukany.
Nas interesuje szczególnie na czym polegała ta „niestaranność” Szewczuka. Zapewne miał wszystko po kolei sprawdzać, a najlepiej odwiedzić wszystkich poprzednich właścicieli samochodu i wypytać o każdy szczegół. I jeszcze miał zkwestionować decyzję diagnosty. Pojazd w tym "nielegalnym" kształcie został przecież zarejestrowany i przeszedł przegląd techniczny, pod którym podpisał się diagnosta. Jeśli ktoś nie dochował należytej staranności, to właśnie on.
A celnicy? Mózgów czyżby nie mieli? Bo na pewno brak im czegoś innego - czyli profesjonalizmu. Jasne, o co tu chodzi. Poszli po najmniejszej linii oporu. Jest kant, musi być kara. A niechże sami siebie ukarzą za swoją ignorancję i "nie dochowanie należytej staranności", które zaowocowało tym, że auto bez należnych państwu opłat. Dlaczego odpowiedzialnością za ich błędy obarcza się człowieka, któremu podstawiono samochód inny niż kupił naprawdę? I co to za kretynizm, założenie, że każdy, kto kupuje używany samochód, musi posiadać biegłość eksperta? Po co komu diagności w tej sytuacji? Bo że celnicy są zbędni, wiadomo to nie od dziś. Niechże clą swoje mózgi. Ciekawe tylko, czy w taryfie celnej jest wyszczególniona głupota.
źródło:
http://www.panstwowpanstwie.polsat.pl/Panstwo_W_Panstwie__Oficjalna_Strona_Programu,6067/News,6068/Ukarany_Za_Bledy_Przestepcy,1427847/index.html