Wydrukuj tę stronę

Bij zabij! Nowe hasło policji?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Bytom, to nie jedyne takie miasto, gdzie w nocy strach wyjść na ulicę. Przecież może się zjawić policja.

Uczniowie dlatego tak bardzo lubią piątek, ponieważ po piątku nadchodzi sobota, a po sobocie niedziela. I każdy robi to, co lubi. Dla chłopaków z bytomskiej szkoły górniczej piątek oznaczał imprezę. Nie ma co kryć, że zakrapianą. Ale w końcu wszyscy już byli pełnoletni.

- Dzisiaj my zapraszamy – powiedzieli do trzech kumpli trzej bracia Dawid, Sławek i Jacek. Chłopaki zaopatrzyli się w wiadome napitki i ruszyli na osiedle, gdzie wszyscy mieszkali.

- Bawcie się, ale ma być cicho. Sami tu nie żyjemy – rodzice zgodzili się, a około 2.00 w nocy ogłosili koniec imprezy. Trzeba było rozejść się do domów.

Koledzy postanowili odprowadzić Michała, który zamierzał przenocować u swojej dziewczyny. Kiedy już znaleźli się w okolicach jej bloku, zobaczyli policjantów. Policjanci zjawili się tam, ponieważ ktoś wezwał ich na interwencję do jednego z mieszkań. Był to kompletny przypadek, że funkcjonariusze wychodzili z budynku mniej więcej w tym samym czasie, gdy obok tegoż budynku pojawili się Michał i jego towarzysze.

Co robi każdy rozsądny bytomianin, gdy widzi mundurowych? Prawidłowa odpowiedź brzmi: bierze nogi za pas. I tak też postąpili koledzy Michała.

A Michał udawał chojraka. Nie dość, że nie uciekał, to jeszcze zaczął pyskować. Podobno nawet rzucił w policjantów puszką po piwie. Dodajmy, że puszka była pusta. I może to rozsierdziło policjantów. Postanowili zatrzymać Michała, co okazało się niewielkim problemem. Co prawda Michał usiłował przed nimi uciekać, ale potknął się i przewrócił. Oto, dlaczego nie należy pić, jeśli chce się wyzywać policjantów. O ile Michał rzeczywiście ich wyzywał. No, ale na razie trzymamy się wersji policji.

Potem chłopaka wsadzono do radiowozu i przewieziono do Komisariatu Policji nr II w Bytomiu. Wedle oficjalnej wersji, uwiecznionej w notatkach funkcjonariuszy, Michała przewieziono na posterunek wyłącznie dlatego, iż nie miał przy sobie żadnych dokumentów. To wersja urzędowa, przypomnijmy. Jego przewiezienie na komisariat nie miało związku z wyzwiskami i z rzucaniem puszką po piwie, która to puszka co gorsza zawierała wyłącznie powietrze. Do komisariatu przewieziono go w celu ustalenia tożsamości. Mógł przecież nie być na imprezie, tylko się włóczyć i dopuszczać różnych brzydkich czynów, które nazajutrz zostaną policji zgłoszone. Warto więc wiedzieć o nim, kto zacz.

I tu przestaje być śmiesznie. Trudno przecież sobie żartować z tego, że jeden człowiek usiłuje zabić drugiego człowieka. Michała próbowano zabić, bijąc powoli, acz starannie i w pocie czoła. Ten, który bił, musiał się bardzo natrudzić i napracować. Dowody jego harówki zachowały się na fotografiach i w sprawozdaniu lekarskim z oględzin ciała pobitego.

- Wyciągnęli mnie z samochodu i zaprowadzili do góry – to już relacja Michała. – Na korytarzu komisariatu jeden zaczął mnie lać, a drugi stał obok i patrzył. Po pierwszych dwóch kopnięciach i biciu pałą nie było możliwe, bym się na nogach utrzymał, więc policjant raz po raz podnosił mnie i dalej okładał, podnosił i dalej okładał.

Ile to trwało? Chłopak nie wie. Przypuszcza, że życie zawdzięcza drugiemu policjantowi, który w końcu odciągnął kolegę.

- Zdawało mi się, że ten pierwszy był pod wpływem narkotyków, bo tak jak on mnie okładał, to myślałem, że normalny człowiek nie potrafi. Bił tak, jakby demon w niego wstąpił. Miał takie wielkie oczy i lał mnie, że się w głowie nie mieści.

Po jakimś czasie policjanci przewieźli Michała do izby wytrzeźwień. Tam ocknął się na chwilę.

- Czy chce pan wody? – zapytał pracownik izby, przyjmujący chłopaka. Widział, że z nowo przybyłym coś było nie tak. No, ale wielu przywożonych tutaj słania się na nogach.

Michał chciał wody. Duszkiem wypił całą szklankę, po czym zwinął się z bólu i zaczął rzygać. To też nikogo tutaj nie dziwi. Tyle, że Michał najpierw rzygał żółcią, a następnie już krwią. Czyli inaczej niż pijacy.

Ludzie przywożeni do izby wytrzeźwień na wstępie badani są przez lekarza. To standardowa procedura. Bywa bowiem tak, że ciężko chorzy na pierwszy rzut oka robią wrażenie pijanych. Wylew krwi do mózgu często daje podobne objawy, co upojenie alkoholem. Dlatego badanie lekarskie w izbie wytrzeźwień, to standardowa procedura. Dziwne więc, że karetkę wezwano do Michała dopiero po kilku godzinach. Na całym ciele miał ślady ciężkiego pobicia. W sobotę przed południem przewieziono go do Szpitala Specjalistycznego nr 1 w Bytomiu, gdzie trwał ostry dyżur. Tam zdiagnozowano rozległe obrażenia. Nie tylko ogromne krwiaki obejmujące całe połacie nóg, rąk, głowy i klatki piersiowej, ale również zapalenie otrzewnej i płyn w jamie brzusznej. Stwierdzono u niego również „pourazowe pęknięcie śledziony”.

- Dziękuj losowi. Jeszcze godzina, a byłoby po tobie – usłyszał w szpitalu.

Śledziony nie udało się uratować. Trzeba ją było usunąć. Uratowano jednak życie Michała.

- Kto ci to zrobił? – zapytał go kierownik Katedry i Oddziału Klinicznego Chirurgii Ogólnej, gdzie chłopak był operowany. Ten odpowiedział, że „to” zrobiono mu na komisariacie. Kierownik oddziału zadzwonił więc na policję i powiadomił o zdarzeniu przekazując dosłownie słowa Michała. "Na komisariacie" - to podkreślali w rozmowie ze mną przedstawiciele bytomskiej policji. Michał stwierdził tylko, że pobito go na komisariacie (zbił go nie wiadomo kto). A skoro tak, to bijącymi niekoniecznie musieli być policjanci. I w ten sposób dowiadujemy się, że najniebezpieczniejszymi miejscami w Bytomiu są komisariaty. Nie wiadomo bowiem, kto tam może na człowieka czyhać.

W Komendzie Miejskiej Policji w Bytomiu dowiedziałem się również, iż trudno będzie ustalić, co tak naprawdę Michałowi się przytrafiło. Jego bardzo poważne obrażenia mogły przecież pojawić się, zanim chłopaka zatrzymała policja. Możliwe, że bito go wcześniej. A może śledziona pękła sobie, bo tak sobie postanowiła. I ta pęknięta śledziona nie przeszkodziła chłopakowi w dobrej zabawie do chwili zatrzymania przez policję. Przedstawiciele bytomskiej komendy opowiadając te bzdury byli śmiertelnie poważni i mówili to wprost do dyktafonu, który leżał na stole i nagrywał.

Dyktafon nagrał również ich ogromne zdziwienie na wieść, że ktoś mógłby uznać to, co się stało z Michałem, za przestępstwo. Dlatego przez kilkanaście dni od zdarzenia nie podjęto żadnych działań, aby wyjaśnić tę sprawę. Sugerowano mi (do dyktafonu), że Michał oskarża policjantów o pobicie, ponieważ ich nie lubi. A skoro oczernia funkcjonariuszy, to kto wie, może on sam stanie pod zarzutem popełnienia przestępstwa. Pomówienie jest bowiem przestępstwem.

Dopiero na skutek wizyty dziennikarza do prokuratury trafiło policyjne zawiadomienie związane z pobiciem Michała. Niezależnie od tego, czy został skatowany przez tego, którego obwinia, czy może przez kogoś innego, policja dała oprawcy kilkanaście dni na mataczenie i zacieranie śladów. Jeśli sprawcą pobicia rzeczywiście był policjant, w notatkach służbowych funkcjonariuszy są już dowody mataczenia. Te zapiski informują np., że już w chwili zatrzymania Michała, policjanci zauważyli na jego ciele jakieś otarcia. Znaczy to, że prał się z kimś. Np. z krzakiem, czy z drzewem.

Adwokat Michała w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach złożył zawiadomienie „o przestępstwie ściganym z urzędu”. Zdaniem tego prawnika "funkcjonariusze działali w zamiarze ewentualnym pozbawienia życia”. Niezależnie od innych faktów dziwne, że dyżurny komisariatu nie interweniował. Że nie przeprowadzono badań na obecność substancji psychoaktywnych w organizmie policjantów. W ten sposób funkcjonariuszom pokazano, na co mogą sobie bezkarnie pozwolić. Konsekwencje łatwo przewidzieć.

I wszystko to byłoby tylko lokalnym incydentem, gdyby nie to, że polskiej policji coraz częściej przytrafiają się niepokojące wpadki. Funkcjonariusze nie tylko chętniej niż kiedyś machają pałką, ale również chętniej sięgają po pistolety. Podczas akcji mylą im się piętra, wobec czego mylą mieszkania zajmowane przez groźnych bandytów z mieszkaniami zajmowanymi przez nikomu nie wadzących sąsiadów. W trakcie szturmu giną niewinne osoby. Policjanci wzywani na interwencję stwierdzają, że najbardziej winien jest ten, który ich wzywa. Co kończy się skierowaniem do sądu wniosku o ukaranie za nieuzasadnione wezwanie patrolu.

Krótko mówiąc policja się zmienia. Kiedyś to bandyci mieli bać się policjantów. Teraz policjantów muszą obawiać się uczciwi obywatele.

Najwyższa Izba Kontroli jakiś czas temu ogłosiła raport o systemie naboru do policji i służb specjalnych. Wnioski są zatrważające: „System naboru do Policji i służb specjalnych funkcjonuje prawidłowo i daje gwarancję wyboru najlepszych kandydatów spośród tych, którzy ubiegają się o przyjęcie. Gorzej jest ze szkoleniem funkcjonariuszy. Po dobrze zorganizowanym kursie podstawowym dalszy cykl szkoleniowy jest przypadkowy i niekonsekwentny. Zdaniem NIK braki w systemie szkoleń specjalistycznych oraz niedoinwestowanie bazy szkoleniowej mogą się odbić na profesjonalizmie funkcjonariuszy. (…) Największy niepokój Izby budzi fakt, że po dobrze zorganizowanych szkoleniach podstawowych dla nowo przyjętych, dalszy cykl szkoleniowy dla funkcjonariuszy jest właściwe przypadkowy”.

Na widok błękitnego munduru, bierzmy nogi za pas. I krzyczmy: "Ratunku, to policja!" Może nam będzie lżej.

Sandra Malik

Ostatnio zmieniany niedziela, 01 luty 2015 13:03