Wydrukuj tę stronę

Państwo kryło zbrodniarzy?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Ponad dwóch dekad potrzebowały nasze organy ścigania, aby skonstruować pierwszy akt oskarżenia w sprawie zniknięcia Jarosława Ziętary. 

 

Ziętara był dziennikarzem "Głosu Wielkopolskiego". Dodajmy, nie byle jakim dziennikarzem, tylko takim, który grzebał w różnych niebezpiecznych sprawach. Szczególnym zainteresowaniem darzył wszelkiego rodzaju afery gospodarcze. Z jego notatek wynikało, że śledził powiązania kilkunastu spółek. W notesie określił je jako  firmy z „bliźniaczym kapitałem". Na podstawie tych zapisków można przypuszczać, że miał wiedzę o przekrętach celnych na ogromną skalę, a dotyczących alkoholu. Prawdopodobnie starał się ustalić szczegóły. Od jesieni 1991 roku interesował się głównie firmą Elektromis i jej powiązaniami. Tematem próbował zainteresować media ogólnopolskie – "Gazetę Wyborczą" i Telewizję Polską. Jednak ani Adam Michnik, redaktor naczelny GW, ani reporter TVP, Tadeusz Litowczenko, którego rzekomo chciał zainteresować tematem, z Ziętarą nie rozmawiali. 

Dziennikarz nagle zniknął – 1 września 1992 r. wyszedł do pracy i już do niej nie dotarł. Razem z nim zaginęły szczegółowe zapiski dotyczące zgłębianych przez niego tematów. Im dłużej był nieobecny, tym gorsze podejrzenia mieli ludzie z jego otoczenia. Zarówno koledzy z pracy, narzeczona, jak i rodzina. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Pierwsze miesiące, a nawet lata śledztwa praktycznie zostały zmarnowane. Śledczy zbagatelizowali wątek przestępstwa związanego z pracą Ziętary, koncentrując się na wyssanych z palca hipotezach zakładających, że popełnił on samobójstwo albo uciekł za granicę. Badano najbardziej absurdalne watki - nawet związanie się dziennikarza z grupą przestępczą. Brakowało tylko porwania przez kosmitów. 

Dopiero w 1998 r. śledczy ustalili fakty, co do których inni nie mieli wątpliwości – Jarosław Ziętara został uprowadzony i zamordowany. Śledztwo zostało jednak umorzone w 1999 z powodu nieodnalezienia jego zwłok. Dodajmy, że opis śledztwa mógłby zostać udostępniony w Sevres, jako wzorzec totalnego partactwa pracy śledczej. 

Od kilku lat wiadomo, że Jarosławem Ziętarą interesował się też Urząd Ochrony Państwa, który na pół roku przed zaginięciem reportera, próbował go zwerbować w swoje szeregi. Funkcjonariusze UOP przez lata się tego wypierali. Przyznali, że proba werbunku miała miejsce dopiero po 19 latach od zniknięcia dziennikarza. Niewykluczone, że do właśnie UOP zacierał ślady i utrudniał pracę policjantom,  prowadzącym śledztwo w sprawie zaginięcia Ziętary. Prokuratura podejrzewała o mataczenie w tej sprawie także zastępcę redaktora naczelnego "Gazety Poznańskiej" . Wszystko to tylko podejrzenia, ale ktoś na pewno zacierał ślady zbrodni. 

Przez lata, sprawa stała w martwym punkcie. Dopiero W kwietniu 2011 r. redaktorzy naczelni pięciu dzienników skierowali apel do premiera o odtajnienie informacji dotyczących Ziętary, które w czasie działań operacyjnych gromadził UOP, a także do prokuratora generalnego o wznowienie śledztwa. Miesiąc później sprawa znów ruszyła. Jak wiemy, są w niej wątki zastraszania świadków i nacisków. Kilka miesięcy temu zarzut związany ze zniknięciem Ziętary postawiono byłemu senatorowi, bogaczowi, który miał stać za wielkim przemytem alkoholu, o czym rzekomo dowiedział się Ziętarski. 

Czy wreszcie dotarto do prawdy? A może to tylko kolejny ochłap rzucony nam na pożarcie? Kto zlecił zabójstwo i dlaczego? Kto zamordował? Kto i dlaczego hamował śledztwo? Czy swój udział w tym mordzie mieli ludzie opłacani przez państwo? Dziś, po blisko ćwierćwieczu, z całą pewnością wiadomo tylko to, że Ziętarski zaginął, bo naiwnie uwierzył w praworządną, demokratyczną Polskę.