Wydrukuj tę stronę

Muśnięcie karą dożywocia

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Tym razem o zaniedbaniach, jakie popełnili sąd i śledczy w sprawie byłego prezydenta Zabrza. Skazanego na więzienną odsiadkę do końca życia.

 

 


Jerzy Gołubowicz został skazany na 25 lat więzienia, ale ponieważ ma koło 60-ki, więc jest to dla niego wyrok dożywocia. Dlatego piszemy o "muśnięciu karą dożywocia". Zamordowany, rzekoma ofiara prezydenta Gołubowicza, wielokrotnie mówił, że kogoś się boi. Przyjacielowi, naczelnikowi wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Zabrzu. Swojej narzeczonej. Matce. Obu kobietom podał bliższe informacje, włącznie z nazwiskiem tej osoby. Mimo to wytypowano tylko jednego podejrzanego, którym był Gołubowicz.

Przed procesem, zanim do sądu wpłynął akt oskarżenia, przez 13 miesięcy Jerzy Gołubowicz przebywał w areszcie. Poza jednym przesłuchaniem podczas zatrzymania, które trwało krótko i było formalnością, nikt z prokuratury z nim nie rozmawiał. Nie widział materiałów śledztwa na żadnym jego etapie. Nie informowano o niczym jego obrońcy. Obrona nie wiedziała więc, jakie dowody niewinności gromadzić, jakich świadków wskazać. A było to bardzo ważne. Świadkowie przesłuchani bezpośrednio po zatrzymaniu Gołubowicza - mogli mu dać pewniejsze alibi. Albo, oczywiście wykluczyć to, co twierdzi.

Było to o tyle istotne, że oskarżony twierdził, iż w dniu zabójstwa był m.in. w mieszkaniu córki. Sąsiedzi znali go, mogli być wartościowymi świadkami. Ale tego wątku w ogóle nie badano. Czemu?

Przed zabójstwem ofiara została porwana, skrępowana i tak przewieziona na miejsce mordu. Zdaniem prokuratury i sądu, normalnym działaniem było także przypadkowe szukanie sprawców porwania - oprychów. Pytanie przypadkowych, bardzo słabo znanych osób, o pomoc w wynajęciu oprychów - wspólników morderstwa.

Ci wynajęci wspólnicy, którzy rzekomą ofiarę Gołubowicza porwali i przewieźli we wskazane miejsce, samego prezydenta Zabrza nigdy nie widzieli, nigdy z nim nie rozmawiali. Wszystko ponoć załatwili przez pośrednika. Każdy z nich za pomoc w morderstwie miał otrzymać - uwaga! - po 1 tys. zł.

I oczywiście nikogo nie dziwi to, że choć zabójstwa dokonano nożem, było ono bardzo krwawe, ani na ciele i ubraniu zabitego, ani na ciele i ubraniu byłego prezydenta Zabrza, nie znaleziono ani jednego śladu biologicznego potwierdzającego akt oskarżenia. Prezydent z miejsca mordu oddalił się czyściuteńki, ani jednego śladu biologicznego nie odnaleziono w jego aucie. A przecież wystarczy muśnięcie, by pozostawić swój ślad DNA.

Jak to możliwe?

Mamy odpowiedź na tych kilka pytań, które zadajemy powyżej. Śledztwo poszło po najmniejszej linii oporu, a sędzia formalnie potwierdził to, czego życzył sobie prokurator. Jest kolejne "wyjaśnione" zabójstwo i wyrok. A że faktyczny morderca może być na wolności - to sprawa mniejszej wagi.

Ostatnio zmieniany sobota, 12 wrzesień 2015 07:29