Profesor był śląskim wojewódzkim konsultantem w zakresie chirurgii ogólnej. Miał taki dar w dłoniach, że choć skończył już 66 lat, ciągle operował. Na Śląsku nikt nie potrafił lepiej od niego pokroić tkanki miękkiej. Profesor przywracał zdrowie. Ratował życie.
Uznano, że nie czynił tego bezinteresownie.
Około 6. rano do domu profesora weszli policjanci z nakazem przeszukania. Znaleźli cztery lub pięć eleganckich piór. "Oryginalnie zapakowanych" – co podkreślała rzeczniczka policji.
Natrafili również na "ogromny majątek", to jest 2400 złotych w gotówce oraz 40 butelek z alkoholem różnych gatunków. Policyjna kamera sfilmowała butelki, banknoty i przybory do pisania.
Pozwolono mu zjeść porcję płatków owsianych i zażyć leki na serce. Następnie profesor został przewieziony na policję.
Po kilku godzinach spędzonych w komendzie policji profesora doprowadzono do prokuratury. Prokurator postawił mu 12 zarzutów dotyczących korupcji. Wybitny śląski chirurg, wojewódzki konsultant, profesor akademicki miał przyjąć od kilkunastu różnych osób łapówki. Każda z łapówek ma osobny numer:
1. 300 zł,
2. 100 zł,
3. 500 zł,
4. 600 zł,
5. 500 zł,
6. 200 zł,
7. kwiaty i butelkę koniaku wycenione na 130 zł,
8. butelkę „Johny Walkera” wycenioną na 40 zł (butelka musiała być mała, a etykieta na butelce czerwona),
9. 800 zł,
10. 300 zł,
11. 200 zł,
12. 100 zł.
Policjanci, a następnie prokurator zostali powiadomieni o tym, iż 66-letni profesor ma wszczepiony rozrusznik serca. Mimo to, a może właśnie dlatego uparto się, że należy go posłać za kraty. "Mimo to" jest wytłumaczalne indolencją, kretynizmem, brakiem wyobraźni, okrucieństwem, brakiem profesjonalizmu. A "właśnie dlatego" jest wytłumaczalne tylko w jeden jedyny sposób. Profesor miał do wyboru - umrzeć, lub jak najszybciej przyznać się do wszystkiego. Na przykład do sterowania boeingiem, który w 2001 r. uderzył w wieże World Trade Center w Nowym Jorku.
Do aresztowania potrzebna była opinia kardiologiczna. Wśród lekarzy-biegłych sądowych znalazł się łajdak, który wystawił opinię, że zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie nie zagrozi zdrowiu i życiu Profesora. Profesor trafił do celi. Wcześniej jednak pozwolono mu zadzwonić do żony. Zadzwonił i powiedział, że cały dzień nie jadł.
Profesorowa przyszykowała kanapki i termos z gorącą herbatą, po czym pojechała do męża. Nie dopuszczono jej do niego. Nalegała, by choć mu przekazano jedzenie. Nie, nie i nie.
Nic dziwnego, że w nocy zdrowie Profesora gwałtownie się pogorszyło. Może o to chodziło?
Z celi Profesor przewieziony został do szpitala. Był w stanie przedzawałowym. W czwartek Profesora badali: dyrektor szpitala, który jest internistą, zastępca Centrum Chorób Serca w Zabrzu, kariolog. Ich zdaniem stan zdrowia Profesora wykluczał jego aresztowanie.
Wykluczał? Nie bacząc na to prokuratura wystąpiła do sądu o tymczasowe aresztowanie Profesora na okres trzech miesięcy. Sąd nie zgodził się na areszt uzasadniając to tak: „Rezygnując z zastosowania wobec podejrzanego tymczasowego aresztowania, Sąd kierował się tym, iż pozbawienie go wolności spowodowałoby dla jego zdrowia poważne niebezpieczeństwo”. Zamiast tego zastosowano poręczenie majątkowe wynoszące 50 tys. zł. Wcześniej prokuratura zabezpieczyła dwa samochody państwa Profesorostwa, telewizor i całą gotówkę znalezioną w ich domu, czyli 2400 zł.
Wartość poręczenia oraz zabezpieczonego majątku trzydziestokrotnie przekroczyła wartość szkody opisanej w zarzutach. Gdy zsumować je wszystkie wychodzi na to, że łapówkarski proceder przyniósł profesorowi dochody w wysokości 3870 zł. Znacznie więcej zarabiał on legalnie – jego miesięczne zarobki wynosiły ok. 15 tys. zł.
Ale sukces był. Stacje telewizyjne donosiły o zatrzymaniu „kolejnego skorumpowanego lekarza”.
W czasie, gdy Profesora wożono do lekarzy mających wydać opinię w sprawie jego zatrzymania, co najmniej dwie telewizje wyemitowały fragmenty filmu nagranego podczas przeszukania. Telewidzowie zobaczyli rozłożone na stole przybory do pisania oraz wachlarz banknotów, a na podłodze kilkadziesiąt butelek z alkoholem.
O zatrzymaniu pisała prasa.
„Fakt”: „Ordynator łapówkarz”.
„Gazeta Wyborcza”: „Policjanci pobrali mu odciski palców, przeszukali też jego mieszkanie oraz szpitalny gabinet”.
„Dziennik Zachodni”: „Nie założono mu kajdanek. Lekarz był kompletnie zaskoczony”.
„Rzeczpospolita”: „Sława śląskiej chirurgii, jest ordynatorem w szpitalu..., jednym z najlepszych w Polsce”.
Post scriptum brzmi następująco. Wszystkie te zarzuty nie warte były funta kłaków. Hienom, które pastwiły się nad Profesorem, włos z głowy nie spadł. Pacany, które rozwodziły się nad jego upadkiem moralnym, nie przeprosiły go mówiąc, że padły ofiarą manipulacji. Hieny krążą dalej, tym razem wokół innych. Profesor nadal leczy. Uratował zdrowie i życie kolejnych wielu ludzi.