Fakty są dla nas niewygodne? Tym gorzej dla faktów. Zielonogórscy prokuratorzy wiedzą, co się robi z prawdą, która nam nie odpowiada – należy zmienić tę prawdę ukryć w szufladzie, za szafą albo wyrzucić do kosza.
Prokuratorzy są po to, by ścigać przestępców, zbierać dowody przestępstw, a tych, którzy są sprawcami zabronionych przez prawo czynów, sadzać na ławie oskarżonych. Teraz sami są podejrzani o przestępstwa i zbiorowo mogą trafić tam, gdzie wysyłają innych.
Lenie straszliwe i nieroby. Bo to właśnie lenistwo i nieróbstwo popchnęło ich do popełniania przestępstw - naszym zdaniem w grę wchodzi poświadczenie nieprawdy, czyli fałszerstwo (czyn popełniony wielokrotne). Być może także oszustwo. Z pewnością działanie na szkodę wymiaru sprawiedliwości i zapewne na szkodę pokrzywdzonych. I może również ukrywanie wiedzy o przestępstwach popełnionych przez innych prokuratorów oraz przez "zwykłych" przestępców.
Śledczy z Zielonej Góry mieli wygodnie dla siebie operować liczbami przyjętych i zakończonych spraw. Te ilości w danym roku miały utrzymywać się na podobnym poziomie. Tak też było. Zdaniem dziennika "Gazeta Prawna", prokurator generalny jest w posiadaniu konkretnych przykładów na to, że w Zielonej Górze manipulowano statystykami. W jaki sposób? Opóźniano rejestrację części spraw, by przenieść je na kolejny rok. Inne sprawy przedwcześnie umarzano. Jeszcze inne inne łączono w jedno, choć nie było ku temu przesłanek.
Podobno najczęściej stosowano takie praktyki w przypadku przestępstw związanych z handlem narkotykami. Dzięki temu długi okres oczekiwania na opinię biegłych chemików nie pogrążał kilkunastu drobnych śledztw, a tylko jedno.
W tej chwili sprawie przygląda się prokurator generalny Andrzej Seremet. Jej zbadanie zlecił szczecińskim prokuratorom. Teraz w zielonogórskiej placówce trwa kontrola, która ma potwierdzić bądź wykluczyć wspomniane rewelacji.
Przy okazji wszystkich teraz intrygują dwie sprawy. Po pierwsze, kto poinformował prokuratora generalnego o nieprawidłowościach w zielonogórskiej Prokuraturze Rejonowej? Jeśli wierzyć "Gazecie Prawnej", zrobili to zielonogórscy związkowcy. Ci jednak odcinają się od sprawy. Małgorzata Kucharska, szefowa Rady Okręgowej Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP w Zielonej Górze twierdzi, że donos nie wypłynął od nich.
- Dokumenty złożył nie oddział, a zarząd główny związku – wyjaśnia Kucharska.
Drugą zagadką jest cel tego donosu. Wielu podejrzewa, że afera ma drugie dno. Alfred Staszak, szef zielonogórskiego okręgu nie cieszył się ostatnio sympatią kolegów. Nie popierał wielu prokuratorskich przywilejów. Marzyła mu się reforma - najpierw na swoim podwórku, a potem nawet i w skali kraju. Stał się więc solą w oczach kolegów, którzy z raz danych przywilejów niechętnie rezygnują. W grudniu Staszak nie przedłużył czteroletniej kadencji trzem szefom prokuratur rejonowych. Czterech otrzymało ponowny angaż. Czy zatem autorem może być jeden z trzech prokuratorów, którym nie przedłużono kadencji? Wg "nieoficjalnych informacji", na które powoływała się "Gazeta Wyborcza", z działaczami pracującymi w centrali warszawskiej związku, skontaktował się jeden z zielonogórskich prokuratorów. I to on jest źródłem informacji o przestępstwach popełnianych w Prokuraturze Rejonowej w Zielonej Górze. Dowodem na to ma być fachowy styl donosu. Jeśli tak było rzeczywiście... jeśli źródłem donosu na temat przestępstw prokuratorskich była wzajemna nienawiść prokuratorów do siebie, a nie troska o dobro państwa, tym gorzej świadczy to o owych prokuratorach.
Żródła:
własne http://zielonagora.gazeta.pl/zielonagora/1,35182,17269182,Czy_w_zielonogorskiej_prokuraturze_falszowano_statystyki_.html#ixzz3Rv3L6qzQ
http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/847026,czy-prokuratura-w-zielonej-gorze-falszowala-statystyki.html