Wydrukuj tę stronę

Lepkie ręce stróżów prawa

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Policjanci i prokuratorzy, funkcjonariusze państwa, którzy mają stać na straży prawa, ścigać złodziei oraz innych przestępców, sami mają skłonność do przywłaszczania sobie rzeczy. I to bynajmniej nie z powodu biedy. 

 

Sytuacje byłyby groteskowe, gdyby nie chodziło o ludzi, którzy walcząc z przestępczością sami powinni stanowić przykład. 

Kilka dni temu, trzech policjantów ukradło  na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich komplet noży ceramicznych. Kiedy zrobił się raban, zajęli się nimi koledzy z pracy, czyli inni policjanci. Jeden z pechowych amatorów noży został już wydalony ze służby. Pozostali dwaj zostali zawieszeni w obowiązkach. Najstarszy, funkcjonariusz z 15-letnim stażem nie przyznaje się do winy. Trudno się dziwić, w końcu niewiele zostało mu do całkiem przyzwoitej emerytury. A stracić ją z powodu jednej trzeciej kompletu najlepszych nawet noży, to szczyt głupoty.

Kilka miesięcy temu, na początku listopada, 53-letni prokurator ze Żnina został przyłapany w Biedronce na kradzieży dwóch czekoladowych batoników i kremu do ciała o łącznej wartości... 15 złotych. Przyłapany zasłaniał się immunitetem. 

Kilka lat temu, w 2005 roku prokurator Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie przyłapana została w E`Leclercu na próbie kradzieży... majtek i biustonosza. O sprawie zrobiło się głośno kilka miesięcy później, kiedy już jako szefowa rzeszowskiej prokuratury apelacyjnej, nagle zrezygnowała ze stanowiska. Początkowo pani prokurator wypierała się kradzieży. Twierdziła, że faktycznie był incydent w  E`Leclercu, ale nie miał on nic wspólnego z kradzieżą. - Rozpakowałam bieliznę, żeby ją przymierzyć. Spodobała mi się. Przy kasie okazało się jednak, że cena jest dużo wyższa, niż myślałam. Chciałam bieliznę zwrócić i dlatego zaczęła interweniować ochrona - tłumaczyła prokurator. 

Jednak dociekliwi dziennikarze sprowadzili z zagranicy wideo, na którym zarejestrowano zdarzenie. I okazało się, że pani prokurator z nikim się nie kłóciła przy kasie. Zapłaciła za kilka soków i parę artykułów spożywczych. Dopiero po przekroczeniu linii kasy ochroniarz zaprowadził ją na zaplecze, gdzie śledcza grzecznie zdjęła sklepową bieliznę, założoną na swoją własną i oddała ją. Wartość majtek i biustonosza wynosiła ok. 100 złotych.

Próżno by się zastanawiać, dlaczego funkcjonariusze publiczni, zarabiający po kilka tysięcy złotych, ryzykują swoją karierę kradnąc w sklepach rzeczy nie posiadające wielkiej wartości? Takie, które mogliby spokojnie kupić nie odczuwając nawet uszczerbku w portfelu? Czy to skrajna głupota, czy raczej nieprawdopodobna bezczelność zbudowana na fundamencie poczucia bezkarności? 

Powstrzymamy się od rozstrzygania tej kwestii. Nieoficjalnie wiadomo, że pani prokurator „od majtek” została ukarana przeniesieniem do pracy w prokuraturze poza Podkarpaciem. W tej sytuacji może należałoby powiedzieć: nie ukarana, lecz uratowana. Przecież powinna wylecieć z hukiem i w przyszłości służyć za przykład dla młodych prokuratorów, jaki los spotyka złodziei w prokuratorskich togach.

Prokuratora ze Żnina, tego od batoników i kremu, od razu wzięto na badania lekarskie aby sprawdzić, czy za tym czynem nie stoją problemy zdrowotne. Dopóki nie został przyłapany na kradzieży, mógł wsadzać ludzi, stawiać im zarzuty i wnioskować o areszty jako wariat? 

Zaznaczono, że ze względu na znikomą wartość skradzionych przedmiotów, czyn ten zakwalifikowano jako wykroczenie, a nie przestępstwo. No jasne. W związku z tym prokurator nie poniósł żadnej odpowiedzialności karnej. Żadnej. Prokuratorski immunitet chronił go bowiem przed odpowiedzialnością za jakiekolwiek wykroczenie. 

Nie każdy ma tyle szczęścia. Półtora roku temu, chory na schizofrenię, ubezwłasnowolniony mężczyzna, trafił do więzienia za kradzież batonika wartego 0.99 zł. Wówczas kaucję w wys. 100 zł. wpłacił za niego Dyrektor Okręgowej Służby Więziennej w Koszalinie, zażenowany całą sytuacją.

 

Ostatnio zmieniany wtorek, 10 marzec 2015 20:48