Nie wiem, czy znajdzie się większy wróg narkotyków ode mnie. Jestem realistą i wiem, że owoc zakazany smakuje najlepiej. Prawo, które nakazuje karać tych, którzy tego owocu pragną pokosztować, uważam za nieżyciowe i okrutne.
Kilka lat temu głośno było o apelu kilkudziesięciu laureatów Nagrody Nobla, a także innych artystów, naukowców, czy polityków, którzy nawołują do zmiany polityki antynarkotykowej. Wisława Szymborska, Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa i wiele innych znanych osób z całego świata stwierdzali: „Musimy poważnie rozważyć zmianę podejścia, odejść od karania dziesiątków milionów obywateli, którzy w żaden inny sposób nie łamią prawa, a środki finansowe wydawane na ściganie tych osób przeznaczyć na ratowanie zdrowia, rozwój i ochronę praw człowieka”.
My Polacy mamy ten apel w dupie, mimo że badania naukowe wskazują na to, iż za narkotyki powinna siedzieć kto wie, czy nie cała młodzież. Takie badania kilka lat temu przeprowadziło Krajowe Biuro do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii. Objęto nimi osoby w wieku 17-18 lat. Wyniki były niesamowite. Aż 36 proc. ankietowanych przyznało się do palenia marihuany. Co ósmy pytany przyznał, że konopie indyjskie pali stale. Nie wiadomo, ilu ankietowanych nie przyznało się do kontaktu z marihuaną, ale sądzić należy, że takich było wielu. W końcu za samo posiadanie marihuany grozi kara do 3 lat więzienia. Za udzielenie marihuany innej osobie można trafić za kraty aż na 10 lat. A nawet na 15, jeśli marihuanę dostał małolat.
Popularność marihuany wśród małolatów jest faktem stwierdzonym nie tylko w Polsce. Nasi najbliżsi sąsiedzi podeszli do tematu pragmatycznie. Sąd Najwyższy Niemiec zalecił nie karać za posiadanie niewielkich ilości konopi indyjskich. Pojęcie niewielkich ilości interpretowane jest różnie w różnych landach. W Berlinie np. oznacza to 15 gramów.
W Czechach od dwóch lat marihuanę można uprawiać i palić bezkarnie. Pod warunkiem, że uprawia się ją tylko na własny użytek. Nie jest również przestępstwem posiadanie do 15 g marihuany.
30 km od granicy z Czechami leży Bielsko-Biała. Młodzi bielszczanie robią więc sobie wycieczki do Cieszyna. Po czeskiej stronie miasta bez trudu można zaopatrzyć się w jointa, wypalić go i wrócić. Tanio, szybko, a co najważniejsze – bezpiecznie. Jak abstrakcyjny musi być dla tych młodych ludzi stan prawny, polegający na tym, że skręta z marihuaną trzeba dopalić idąc po moście na Olzie, bo inaczej przechadzkę można skończyć w areszcie? I to nie żart. W Bielsku-Białej do więzienia można trafić nawet za samą wiedzę o tym, że marihuana istnieje.
Na wiosnę 2010 r. policjanci z Bielska zgarnęli młodego człowieka ze skrętem. Cholera wie, komu wpadło do łba, że z tego będzie jakaś grubsza sprawa, ale śledztwo dotyczące skręta przejęło Centralne Biuro Śledcze. CBŚ zostało utworzone do ścigania mafijnych bossów, a tu śledztwo związane z kilku szczyptami substancji psychoaktywnej. I tak już zostało do samego końca dochodzenia, a następnie procesu. Ilości marihuany liczone były w gramach. Gdy zliczyć wszystkie opisane w tym śledztwie przypadki „udzielenia narkotyku”, to uzbiera się 78,6 deko konopi.
Posiadacz skręta trochę się przesiedział. Z aresztu został zabrany na przesłuchanie do bielskiej siedziby CBŚ. Przesłuchujący go funkcjonariusz powiedział młodzieńcowi (rocznik 1986), że czeka go długa odsiadka, chyba, że policjanci będą zadowoleni ze współpracy. Efekty były wspaniałe. Posiadacz skręta podał imiona i nazwiska licznych swoich przyjaciół, a kiedy ich zabrakło, wówczas podawał imiona i nazwiska rówieśników z bloku. Siatka narkotykowych dilerów oraz ich klientów rosła aż do momentu, gdy ten, od którego wszystko się zaczęło spostrzegł, co nawywijał. Policjanci zgarniali coraz to nowe osoby. Niektórych tylko za to, że pojechali do Czech po skręta.
Sprawca tego całego zamieszania zeznał później, że był pewien, iż jego zeznań nikt nie potraktuje poważnie, gdy okaże się, że pomówił osoby dotąd niekarane, na które nie było nic poza jego słowami. A gdy zobaczył, że to jemu daje się wiarę, wówczas zaczął odwoływać swoje wyjaśnienia. Działo się to jeszcze na etapie śledztwa. Podczas dodatkowych przesłuchań albo konfrontacji tłumaczył, że się pomylił, albo że nie pamięta żadnych dodatkowych okoliczności towarzyszących przekazaniu narkotyku. Wobec tych osób prokuratura umorzyła śledztwo.
Wspomniany współpracownik CBŚ pomówił tak wiele osób, że już dokładnie nie pamiętał, kogo. Zapomniał o sąsiedzie z bloku. Od sąsiada Marcina G. miał on kupować marihuanę, którą następnie sprzedawał innym. Czyli Marcin G. stał się narkotykowym hurtownikiem, zaś posiadacz skręta zatrudnianym przez niego dilerem.
Marcin G. nigdy wcześniej nie był za nic karany. CBŚ nie udało się też ustalić, by rzekomy boss narkotykowy kiedykolwiek miał jakikolwiek kontakt ze światem przestępczym. Nazwisko Marcina G. ani razu nie przewinęło się w żadnym z licznych dochodzeń związanych ze sprzedażą bądź zakupem marihuany. Niemniej Marcin G. sam przyznał się do tego, że miał styczność z narkotykami, co stanowiło okoliczność dodatkowo go obciążającą:
- Wiesz, co to jest marihuana? – zapytał przesłuchujący go policjant.
- Wiem – odpowiedział rzekomy narkobiznesmen.
- A miałeś ją kiedyś w rękach?
- Tak. Raz zapaliłem skręta na koncercie.
Poza tym jednym jedynym razem Marcin G. nie przyznawał się, by kiedykolwiek trzymał, widział, wąchał, jadł, wdychał bądź wydychał marihuanę. A tym bardziej, by nią handlował. Niemniej do Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej trafił akt oskarżenia, z którego wynikało, że Marcin G. sprzedawał środki odurzające. Dwa razy miał sprzedać po 5 gramów marihuany, kiedy indziej było to 6 g. W sumie oskarżono go o dokonanie 4 transakcji sprzedaży konopi indyjskich (bo o tylu powiedział sąsiad z bloku). Największa ilość jednorazowo sprzedana, było to 10 g. Poza pomawiającym go sąsiadem nie udało się ustalić żadnych innych odbiorców narkotyku. Najmniejszych śladów narkotyku nie znaleziono także w mieszkaniu Marcina G.
W sprawie Marcina G. występowało dwóch kluczowych świadków – sąsiad, który go pomówił oraz policjant, który to pomówienie spisał. Sąsiad przyszedł na sprawę jako świadek.
- Ja wszystko sobie zmyśliłem. Teraz to odwołuję i przepraszam - powiedział sąsiad.
- A czemu pan to wymyślił?
- Nie wiem. Kierowałem się impulsem. A poza tym byłem pewien, że śledztwo wobec Marcina G. zostanie umorzone, bo innych dowodów nie było.
- Dlaczego więc nie odwołał pan tego w śledztwie? W końcu odwoływał pan swoje wyjaśnienia obciążające innych.
- Bo zapomniałem.
Sąd spytał policjanta, czy podczas śledztwa stosował jakieś naciski. Policjant zaprzeczył. Sąd uznał więc Marcina G. za winnego handlu marihuaną i skazał go na rok i dwa miesiące w zawieszeniu. W uzasadnieniu wyroku sędzia Wojciech Salamon (warto zapamiętać) stwierdził: „W ocenie sądu brak zatem jakichkolwiek logicznych argumentów uzasadniających odrzucenie złożonych przez J.P. na etapie postępowania przygotowawczego wyjaśnień. Wiarygodności tej w żadnej mierze nie podważa fakt, iż J.P. wobec innych osób wycofał się ze złożonych wyjaśnień (…) Sąd zatem dokonując z dużą ostrożnością, z racji braku innego dowodu, oceny wiarygodności zeznań J.P., dał wiarę przede wszystkim jego relacji złożonej w postępowaniu przygotowawczym, uznając iż brak jakichkolwiek powodów do jej zakwestionowania”.
Zdaniem sądu o wiarygodności pomówienia zadecydowało to, że pomawiający Marcina G. J.P. sam przyznał się do tego, iż wszystkie jego pomówienia były wyssane z palca. Dziwna logika. Tym bardziej, że w śledztwie J.P. występował w charakterze podejrzanego, a na procesie w charakterze świadka. Zgodnie z polskim prawem podejrzanemu wolno kłamać, świadek zaś musi mówić prawdę, a za kłamanie grozi mu odpowiedzialność karna.
10 gramów, dwa razy po 5 gramów i raz 6 gramów., to ilości, które raczej nie zagrażają istnieniu ludzkości, ale sędzia Salamon zachowanie Marcina G. ocenił jako „niewątpliwie społecznie szkodliwe w stopniu wyższym niż znikomy (…) Działaniem swym oskarżony godził bowiem chronione dobro, jakim jest zabezpieczenie społeczeństwa przed swobodnym, niekontrolowanym, nielegalnym posiadaniem środków odurzających, czy substancji psychotropowych, których używanie stanowi zagrożenie zdrowia dla konkretnego człowieka, a także zdrowia społecznego”.
Jak wyjaśnił sędzia, Marcin G. tylko dlatego dostał karę więzienia w zawieszeniu, ponieważ nigdy dotąd nie był karany.
Surowe prawo ma chronić nas przed oparami marihuany. Przed oparami absurdu – już nie.
CM