Wydrukuj tę stronę

Adwokaci mają bronić oskarżonych, a pomagają ich pogrążyć. Część I

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej, Wydział III Karny. Sala rozpraw nr dwieście ileś na II piętrze. Mniej więcej z częstotliwością mieięczną odbywają się w tej sali rozprawy oskarżonych o fałszowanie faktur. Proces ma sygnaturę akt III K 1148/12.  Oskarżonymi są: bieznesmen prowadzący sporą firmę budowlaną, jego pracownica i inny przedsiębiorca, który trafił tutaj chyba w wyniku łapanki, gdyż z pozostałymi osobami poznał się dopiero na ławie oskarżonych. Ten ostatni broni się sam. Chyba stracił wszelką wiarę w adwokatów.

 

Główny oskarżony adwokatów ma, lecz w stosunku do nich stosuje tę samą zasadę, która obowiązuje kierowców – zasadę ograniczonego zaufania. Na każdej rozprawie pojawia się osobiście, choć ma aż dwóch obrońców. Osobiście składa rozmaite wnioski dowodowe, a świadkom przesłuchiwanym przez sąd zadaje pytania. 

Najwięcej wiary w adwokatów zachowała oskarżona kobieta. Ona w ogóle nie pojawia się w sądzie. Oskarżony ma takie prawo. Jego obecność na rozprawach jest przywilejem, nie obowiązkiem. Obowiązek taki ma natomiast obrońca reprezentujący oskarżonego człowieka. Tak więc kobieta się nie pojawia – gdyż nie jest w stanie psychicznie tego wytrzymać. Ale ma przecież swojego obrońcę, który powinien reprezentować jej interesy, bronić ile sił w piersiach i umiejętności w głowie, wychwytywać słabe punkty oskarżenia, brać świadków w krzyżowy ogień pytań, wykazywać niewinność swojej klientki. Tej parze przyjrzymy się najpierw. 

Jedna z rozpraw. Wezwani są ważni świadkowie. Sąd wywołuje sprawę. Główny oskarżony, drugi oskarżony i dwoje obrońców głównego oskarżonego wchodzą na salę. Wchodzi też oskarżyciel. Sędzia już czeka na swoim miejscu. Protokolantka siada do komputera i zaczyna się rozprawa. Zaczyna się bez obrońcy oskarżonej kobiety, którego nie ma i nie wiadomo dlaczego jest nieobecny. Sąd chyba orzywykł do takich sytuacji, albowiem przechodzi nad tym faktem do porządku dziennego i kontynuuje proces. 

Po kilkunastu minutach drzwi sali rozpraw otwierają się. Wchodzi adwokat. Nie, nie ten adwokat, który reprezentuje oskarżoną kobietę. Ale pan mecenas oznajmia, że jest jego substytutem. Substytutem, czyli zastępcą. Prawo dopuszcza taką sytuację, że w razie, gdy np. Obrońca ma dwie rozprawy w tym samym terminie, na jedną z nich może w swoim imieniu oddelegować innego adwokata. Ten jest substytutem. Formalnie rzecz biorąc oskarżony ma więc swojego obrońcę, choć jeśli substytut nie zna szczegółów sprawy, taka obrona jest tylko zwykłą iluzją.

A jak było w tym przypadku? W tym przypadku spóźnialski substytut usiadł w kącie przy ścianie na ławie dla publiczności, a nie z pozostałymi obrońcami. Pozostali obecni na sali rozpraw koncentrują na się na zeznaniach pierwszego świadka. A substytut nie. Ma coś bardziej interesującego do roboty. Wyjmuje smartfon i zaczyna po nim przebierać palcami ze sprawnością pianisty. Gra na nim? Pisze sms-y? Surfuje po internecie? Nie wiadomo. Wiadomo jednak, czego na pewno nie robi. Nie broni swojej klientki. A sąd nic, choć sprawa kwalifikuje się z pewnością przed sąd adwokacki za rażące naruszenie zawodowych norm etycznych. 

Po kilkudziesięciu minutach stukania w ekran telefonu substytut wstaje i oznajmia, że w innej sali zaczyna się rozprawa, na której musi być. I sąd zezwala mu na opuszczenie rozprawy. 

Proces trwa. Jaki zapadnie wyrok nie wiemy. Ale wiemy, że adwokat oskarzonej kobiety gra w jednej drużynie z oskarżycielem. Jeśli w jej przypadku zapadnie wyrok skazujący, będzie on oznaczał, że tak naprawdę została skazana przez adwokata, gdyż ten nie robił tego, co do niego należy. Ale potępić trzeba również sędziego, który toleruje to draństwo. 

Ciąg dalszy jutro.

 

Ostatnio zmieniany piątek, 08 maj 2015 07:53