Wydrukuj tę stronę

Korupcja była, jest i będzie, czego nas uczą sędziowie. Część I

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Ileż razy widzieliśmy ten obrazek – skuty kajdankami kacyk, oskarżony o korupcję prowadzony jest na przesłuchanie. Od razu poprawia się nasze poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzne przekonanie o tym, że jednak żyjemy w praworządnym państwie. I po to właśnie są takie przedstawienia – wcisnąć kit obywatelom. Bo jak się później okazuje – wszystkie (zgoda - nie wszystkie, ale liczne) dochodzenia w sprawie łapówkarzy kończą się w ten sam sposób: 

1. Śledztwo zostaje umorzone

2. Sprawa trafia do sądu, a ten odrzuca oskarżenie

3. Sprawa trafia do sądu, zapada wyrok skazujący, który w późniejszej instancji jest uchylony. 

Potem podejrzany staje się ofiarą, i często dostaje jeszcze odszkodowanie za pobyt w areszcie. 

 

Jedna z najgłośniejszych afer korupcyjnych. Wszyscy pamiętamy byłą posłankę PO Beatę Sawicką. Tę od kręcenia lodów. Pani poseł została zatrzymana osiem lat temu przez funkcjonariuszy CBA w związku z podejrzeniem przyjęcia korzyści majątkowej za próbę tzw. ustawienia przetargu publicznego wspólnie z burmistrzem Helu, Mirosławem Wądołowskim. Posłankę zatrzymano po odebraniu drugiej już raty pieniędzy. Wśród materiałów operacyjnych znajdował się film, na którym uwieczniono, jak posłanka przyjęła torbę z ustaloną wcześniej, pierwszą ratą w wysokości 50 tys. zł. Wraz z posłanką PO zatrzymano burmistrza Wądołowskiego. Zarzucono mu, że za łapówkę obiecał dokonać zmian w planie zagospodarowania przestrzennego Helu. W maju 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Sawicką na trzy lata więzienia, a Wądołowskiego - na dwa lata więzienia w zawieszeniu. Oboje zaskarżyli te wyroki. W kwietniu 2013 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie uniewinnił prawomocnie Sawicką i Wądołowskiego od zarzutów korupcji, gdyż przyjęta przez Sawicką łapówka była tzw. prowokacją kontrolowaną, tymczasem zdaniem sądu „państwo prawa wyklucza testowanie uczciwości obywateli”. Nie wzięto pod uwagę także czynów, do których posłanka przyznała się przystojnemu agentowi Tomkowi myśląc jeszcze, że jest tylko biznesmenem. 

Podobną sytuację miała Ewa S, emerytka z Łodzi, która dorabiała w kiosku. Pewnego razu przyszedł do niej student, który poprosił o skserowanie legitymacji. Koszt usługi wynosił 30 groszy. Pani Ewa nie wbiła usługi na kasę fiskalną, bo urządzenie było nowe i jeszcze nie miała kodu na usługi ksero. A rzekomy student okazał się inspektorem UKS.  Pytanie za 100 punktów – skoro państwo prawa nie powinno testować naszej uczciwości, dlaczego pani Ewa S. z Łodzi została przetestowana, a następnie skazana za narażenie Skarbu Państwa na stratę sześciu groszy z tytułu niezapłaconego podatku VAT? 

Pani Ewa, za oskubanie fiskusa o całe sześć groszy musiała zapłacić grzywnę w wysokości  130 zł i pokryć koszty rozprawy - 220 zł. Natomiast były burmistrz Helu nie tylko nie zapłacił ani grosza, ale jeszcze się wzbogaci. Za bezzasadny, z daniem sądu,  63-dniowy tymczasowy areszt, Sąd Okręgowy w Gdańsku przyznał mu  w poniedziałek 80 tys. zł zadośćuczynienia. Ponadto otrzyma 13 tys. zł jako rekompensatę za wynagrodzenie, którego nie wypłacono mu podczas ponaddwumiesięcznego pobytu w areszcie.

Część II jutro.

Ostatnio zmieniany czwartek, 21 maj 2015 21:54