Rok temu „posprzątana” została też kolejna głośna afera korupcyjna, w której były wątki łapówek o wysokości setek tysięcy złotych, a nawet morderstwo i samobójstwo. W sumie 16 osobom postawiono 37 zarzutów brania lub wręczania łapówek, poświadczania nieprawdy i ukrywania dokumentacji przetargowej. Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia uniewinnił byłego wiceszefa gminy Centrum Pawła B., byłą radną i sekretarza gminy Ludwikę W. oraz troje innych byłych urzędników. Czyli tych, którzy mieli przyjmować łapówki. Dla sądu dowodem przeciw samorządowcom nie był nawet fakt, że dziewięciu oskarżonych, którzy pieniądze wręczali, przyznało się do winy i zadeklarowało dobrowolne poddanie się karze. Takich przykładów są setki, jeśli nie tysiące.
Dlaczego tak trudno u nas skazać za korupcję, szczególnie ludzi najwyżej postawionych w hierarchii? Być może dlatego, że dowody są zdobywane nielegalnie. Poprzez bezprawne prowokacje albo w inny sposób, który w miarę sprawny adwokat natychmiast zauważy. Zawsze jest to też słowo przeciw słowu – a słowo urzędnika, posła czy innej osoby zaufania publicznego zwykle ma większą wagę niż słowo zwykłego człowieka. A może jest i tak, że do korupcji się już przyzwyczailiśmy i uznaliśmy, że skoro nie da się poskromić apetytu rządzących, trzeba nauczyć się z nim żyć. O tym jak ogromną skalę zatacza u nas to zjawisko najlepiej świadczą liczby w największej aferze korupcyjnej – bo przecież korupcja zniszczyła polski futbol. 620 ustawionych spotkań przez 66 klubów. 700 osób z zarzutami, 504 oskarżonych, 391 skazanych, 19 umorzeń, 11 warunkowych umorzeń, 3 uniewinnienia. Do dziś też nie zapadł wyrok w sprawie Antoniego F. - znanego wówczas sędziego pierwszoligowego, od którego cała afera się zaczęła.