Wydrukuj tę stronę

Demokracja na ławie oskarżonych

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Pozwanym obywatel. Zaciągnięty przed sąd przez posła. A w zarzucie: korzystanie z praw i swobód obywatelskich.

 

 

 

 

Poruszyła nas sprawa, która toczyła się niedawno przed Sądem Okręgowym w Gliwicach. Pokazała ona dobitnie, jak bardzo stronniczy może być sędzia. Jakie ma możliwości, by pomagać jednej ze stron, a drugą blokować. Co później znajduje swoje odbicie w protokole ze sprawy i w wyroku.

 

Sprawa dotyczyła wolności słowa. Człowiek krytykował posła. Posłowi się to bardzo nie spodobało. Pozwał więc człowieka przed sąd.

 

Sędzią była kobieta. W zasadzie należałoby więc napisać wcześniej "jak bardzo stronnicza". Ale mniejsza o takie szczegóły. 

 

Być może nie jest to istotne, ale pani sędzia była jedyną kobietą obecną na sali rozpraw. Poseł był mężczyzną. Pełnomocnik posła - mężczyzną. Pozwany - czyli tak zwany głos ludu - mężczyzną. On nie miał swojego prawnika. Mężczyźni stanowili również publiczność. Jedna kobieta miała zeznawać w charakterze świadka, ale przepisy kazały jej pozostać poza salą rozpraw. Czyli obecni na procesie byli sami mężczyźni, a sądziła ich kobieta. Niczym grecka bogini sprawiedliwości Temida.

 

Niczym Temida, ale nie Temida. Sędzia ani nie była ślepa, ani tym bardziej bezstronna. Najpierw oddała głos posłu. Ten mówił, jaki to jest skrzywdzony. Jak to służy Polsce-ojczyźnie, regionowi i swemu miastu. I za to spotyka go krytyka. Jak to go przyrównują źli ludzie do Lenia, Hitlera, Stalina. A on przecież to Polak. Katolik. Takie porównania są dla niego bardzo, ale to bardzo, krzywdzące.

 

Następnie zeznawał pozwany. Człowiek, który posła krytykował. Krytykę swą rozesłał w różne strony świata za pośrednictwem programu pocztowego w komputerze. Poseł żądał więc, by tamten wszystko odszczekał.

 

Człowiek uważał, że ma pełne prawo krytykować posła. Polska to nie Indie. A poseł to nie jest święta krowa. Cenzurę w naszym kraju zniesiono już bardzo dawno temu. Ale sąd nie był tego pewien. Wszak jest coś takiego, jak autocenzura. Autocenzura to wewnętrzna nasza umiejętność odrzucania tego, czego nie wypada mówić. Na przykład nie wypada mówić w towarzystwie "Chcę kupę".

 

My także uznajemy prawo do autocenzury. Nie odważyliśmy się napisać o byłej głowie państwa naszego: "Pan przydent już nie wali z dwururki". Ani o obecnej głowie państwa, że: "zdrajcą jest (górników)". 

 

Odważyliśmy się, napisaliśmy? Tak to już jest z "prześladowanymi.pl". Ale prawo do autocenzury naprawdę uznajemy. Inaczej w każdym naszym tekście roiłoby się od przekleństw.

 

Wracając do rozprawy. Pan poseł mówił długo i rozwlekle, nawet na sali sądowej pamiętając o autopromocji. Pozwany przez niego takich luksusów nie miał. Sędzia mu przerywała w pół słowa. Dopytywała się raz po raz czy to co powiedział, to powiedział. Zadawała podchwytliwe pytania. Była bardzo stronnicza. I nawet, jeśli czyniła to nieświadomie, w niczym to jej nie usprawiedliwia.

 

Na szczęście jest druga instancja. Sąd Apelacyjny w Katowicach przyznał obywatelowi prawo do krytyki. Krytyka osób publicznych jest przywilejem wolnych ludzi i jednym z fundamentów demokracji.