Wydrukuj tę stronę

Sędzia kpi z biedy

Oceń ten artykuł
(1 głos)

A państwo polskie w dupie ma podstawowy zbiór reguł, którymi rzekomo się kieruje. Zbiorem tym jest konstytucja.

Rodzina Gloców mieszka w starej kamienicy w Chorzowie. Niedaleko budynku, gdzie kiedyś była Komenda Miejska Policji. Mieszkanko niewielkie, tak sobie urządzone. Piece na węgiel. Tam obejrzałem dokumenty i wysłuchałem tej wstrząsającej historii. Żeby potwierdzić niektóre fakty potem kontaktowałem się z sądami w Opolu i we Wrocławiu.

Od tego, co ustaliłem, włosy stają dęba na głowie!

Wyć się chce!

Co to za .... !!! Jakie .... !!!

Sławek umierał w mękach. Męki te trwały kilka miesięcy 2010 r. W Zakładzie Karnym w Głubczycach biernie przyglądano się, jak mężczyźnie coś wypiętrza skórę od wewnątrz. Dopiero w trzecim miesiącu pobytu Sławka w więzieniu przewieziono go do poradni przy szpitalu w Głubczycach. Tam mu zrobiono tomografię komputerową klatki piersiowej. Lekarze opisali wtedy dwa guzy, z których jeden był wręcz ogromny, bo miał ponad 7 cm obwodu.

Na jakikolwiek ratunek było już za późno. Niemniej lekarze próbowali czynić wszystko, co w ich mocy. W Dolnośląskim Centrum Gruźlicy i Chorób Płuc Sławka otwarto. Wtedy okazało się, że całego nowotworu nie da się już wyciąć, albowiem wraz z nim trzeba by wyciąć sporą część klatki piersiowej. Lekarze usunęli tylko kawałki licznych już wtedy guzów. Miesiąc później mężczyznę szczegółowo przebadano w szpitalu więziennym we Wrocławiu. Jedna narośl rakowa oplatała już wtedy żebro i przylegające do niego mięśnie. Inna rozwijała się w okolicy lędźwiowej. Całą masę guzów wykryto również w płucach. Pozostawało czekać już tylko na śmierć.

Sławek aniołem nie był. Miał do odsiadki trzy lata. Jego pech polegał na tym, że urodził się człowiekiem, a nie – na ten przykład - baranem. W Polsce toczy się właśnie dyskusja na temat zakazu uboju rytualnego. Bo ubój rytualny sprawia, że zwierzęta, czyli nasi bracia mniejsi (tak ich obrońcy zwierząt nazywają) cierpią. Niedawno domagano się także zaostrzenia kar dla okrutników męczących psy, koty, konie. Ten temat ciągle obecny jest w mediach. Jakiś czas temu zachwycano się wyrokiem bezwzględnego więzienia dla kogoś, kto zadręczył psa. Pierwszy wyrok bez zawieszenia wykonania kary. Komentowano, że sprawy idą w dobrym kierunku.

A tu człowieka torturują. Bo to, co robiono Sławkowi właśnie tak się nazywa. Tortury.

W 2010 r., kiedy Sławek zwijał się z bólu w celi głubczyckiego więzienia, również nie było dnia, by któraś z telewizji nie pokazała głodzonego bądź bitego zwierzaka. Niechby no tylko w schronisku dla zwierząt w Głubczycach pozwolono sobie na to, by psy zwijały się z bólu. Byłby wrzask na całą Polskę. No, ale Sławek nie siedział w miejscowym schronisku.

Po dwóch miesiącach pobytu w więzieniu Sławek schudł tak straszliwie, że znajoma go nie poznała. Ślepy by zauważył, że coś jest nie tak, bo Sławek po nocach wył z bólu. A strażnicy więzienni ślepi przecież nie są.

Krótko mówiąc Sławek przez kilka miesięcy 2010 r. stanowił żywy dowód na to, że wszystkie podpisane przez Polskę konwencje o zakazie stosowania tortur, czy o prawach człowieka to fikcja. Fikcja - w odniesieniu do tych, którzy najbardziej potrzebują ochrony – biednych, pozbawionych wolności i chorych. Znajoma Sławka wspomina, że zobaczyła wrak człowieka. Matka natomiast opowiada, jak przemycała do więzienia ketonal, bo syn błagał o jakikolwiek środek na uśmierzenie bólu. Pamięta też, jak to raz Sławek nie dotarł do telefonu, gdy dzwoniła do niego. Próbował, lecz z braku sił i z bólu przewrócił się i nie doszedł.

Facet konał a dyrektor więzienia nie wpadł na to, że lepiej byłoby dla nich obu (dla dyrektora i dla więźnia), by konanie odbywało się poza murami więzienia. I z wnioskiem o przerwę w odbywaniu kary dyrektor Zakładu Karnego w Głubczycach wystąpił dopiero wówczas, gdy sąd penitencjarny już debatował nad zwolnieniem Sławka do domu. Ostatnie tygodnie życia Sławomir Gloc przeżył na morfinie, której ze zrozumiałych względów w więzieniu się nie podaje. Umarł na początku 2011 r.

Dopóki żył, był dowodem wybiórczego traktowania przepisów prawach człowieka i o zakazie tortur w Polsce. Jako martwy jest dowodem na to, że państwo polskie w dupie ma podstawowy zbiór reguł, którymi rzekomo się kieruje. Zbiorem tym jest konstytucja. W tym konkretnym przypadku chodzi o dość istotny konstytucyjny przywilej, zawarty w Art. 45 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Chodzi o prawo do sprawiedliwego procesu: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”.

Jak się to brzydko mówi Sławek pozostawał w konkubinacie. Z konkubinatu tego wynikła dziewczynka, mająca teraz kilka lat. Wszyscy, których osierocił Sławek, są bardzo biedni. Rodzice Sławka uznali, że za jego męki rodzinie należy się jakieś zadośćuczynienie. Pieniądze życia synowi nie przywrócą, ale przynajmniej doprowadzą do poprawy ich losu. I powołując się na to, co wynika z dokumentów medycznych, wystąpili o odszkodowanie. Skarżyli Zakład Karny w Głubczycach, czyli skarb państwa.

Ich pozew trafił do Sądu Okręgowego w Opolu. I stamtąd nadeszła odpowiedź – jeśli chcą procesu, muszą najpierw zapłacić 2,4 tys. zł opłaty od pozwu. Napisali więc do sądu, że nie stać ich na zapłacenie żądanej opłaty, ponieważ są biedakami. Złożyli wniosek o zwolnienie ich z kosztów sądowych. Sąd kazał im przedstawić swoją sytuację materialną. Glocowie opisali swoją biedę. Przedstawili na dowód oświadczenie o przyznanych im emeryturach. Jej: 1123 zł 98 gr. Jego: 1259 zł 75 gr. Na wypadek, gdyby te bardzo niskie sumy nie przekonały sądu o ich biedzie, podali szczegółowy wykaz comiesięcznych wydatków: czynsz – 308 zł, energia elektryczna – 150 zł, gaz – 60 zł, telefony – 100 zł, ubezpieczenie – 35 zł, raty – 700 zł, papierosy – 400 zł, wsparcie finansowe dla byłej partnerki Sławka i wnuczki – 300 zł.

Okazało się jednak, że państwo Glocowie wcale nie są tacy biedni, jak im się wydaje. Sąd uznał nawet, że są całkiem zamożni i jeśli chcą się sądzić, to mają ponieść wszystkie koszty procesu. Więcej nawet, sąd uznał, że rodzice Sławka są nieodpowiedzialni. Gdyby bowiem byli odpowiedzialni, to ciułaliby, ciułali, ażby uciułali konieczną sumkę i wtedy dopiero wystąpili z pozwem.

W postanowieniu nakazującym Glocom zapłacenie 2,4 tys. zł kosztów sądowych sędzia Wioletta Chorązka z Wydziału I Cywilnego Sądu Okręgowego w Opolu napisała bowiem: „Decydując się wnieść pozew w niniejszej sprawie powodowie powinni liczyć się też z koniecznością poniesienia kosztów sądowych (…) a działając z należytą starannością powinni poczynić na ten cel z posiadanych stałych dochodów stosowne oszczędności na poczet należnych w sprawie kosztów sądowych…”

Sąd zrobił z Gloców bogaczy, których w dodatku stać na wynajęcie pełnomocnika. Tak bowiem można zinterpretować stwierdzenie: „zwłaszcza, iż pełnomocnictwa w związku z niniejszą sprawą udzielili oni co najmniej w styczniu 2012 r., a pozew przygotowali na początku czerwca br.” (w rzeczywistości reprezentujący ich Leszek Krupanek z Katowic nie wziął nawet jednego grosza). Tymczasem te stosy pieniędzy ("posiadane stałe dochody") ZUS przyznał Glocom stosunkowo niedawno. W okresie, kiedy zdaniem sędzi Chorązki rodzice Sławka mieli (czy też powinni) oszczędzać na opłatę sądową, Antoni Gloc otrzymywał rentę w wysokości 900 zł, zaś Joanna Gloc jako sprzedawczyni w cukierni zarabiała 500 zł miesięcznie. Tacy to byli krezusi.

Słusznie sędzia Chorązka zarzuciła Glocom skłonność do używek. Co prawda kupowali najtańszy w Chorzowie tytoń o nazwie Wirginia. Półkilowa paczka tego siana kosztowała 40 zł i pozwalała nabić 400 tutek. Jeszcze słuszniej, że napiętnowała ten brzydki obyczaj korzystania z telefonów. Choć w wielu przypadkach taniej jest zadzwonić, niż wszędzie jeździć i ponosić koszty biletów tramwajowych, autobusowych oraz kolei, ale z tego dzwonienia wynika później praca dla takich ważnych funkcjonariuszy państwowych, jak sędziowie. W każdym razie sędzia Chorązka na ten temat napisała tak: „Dla wydatków związanych z prowadzeniem procesu strona powinna bowiem znaleźć pokrycie w swych dochodach przez odpowiednie ograniczenie innych wydatków nie będących niezbędnymi do utrzymania, do których nie zaliczają się w szczególności obciążenia związane z korzystaniem z telefonów, zakupem papierosów czy wreszcie wydatki związane ze spłatą zobowiązań kredytowych…”

Sędzia radziła więc, by rodzice Sławka poszli na odwyk i nie płacili rat. Czy naigrywała się z Gloców? A może się mylę, widząc w tym dokumencie przykład, jak bogaty kpi z tego, że inni są biedni? W każdym razie do listy swoich wydatków Glocowie mogliby dorzucić jeszcze koszt węgla służącego im jako opał. Ponieważ piwnice w ich kamienicy gniją, więc nie mogą kupować węgla na tony. Kupują droższy węgiel w pobliskim sklepie, płacąc po 9 zł 95 gr za worek 10 kg. Taki worek wystarcza na niecały dzień.

- Czytając to postanowienie czułem się, jakby kto mi dał w pysk - stwierdził ojciec Sławka - Człowiek urodził się dziadem i dziadem pozostał.

Porównywał swoją sytuacją do sytuacji tych, których pokazuje telewizja. On dostał od państwa 4000 zł na pogrzeb. Musiał kupić trumnę, a za odprawienie mszy zapłacić księdzu 500 zł. Rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej nie musiały kupować trumien, ani organizować pogrzebów swoim bliskim, bo wszystko to uczyniło za nich państwo. Dostały od państwa wielotysięczne odszkodowania, podczas gdy jego wniosek o odszkodowanie nawet nie został rozpatrzony. A potem jeszcze za państwowe pieniądze rozpoczęto ekshumacje.

- Gdyby ci ludzie sami musieli pokryć koszt ekshumacji, pewnie nie byliby tacy skłonni do wyciągania nieboszczyków – twierdził pan Antoni.

Pomiędzy tym, jak potraktowano rodziny zabitych w katastrofie prezydenckiego tupolewa i rodzinę konającego w głubczyckim więzieniu zachodzi bezpośrednia relacja. W tamtym przypadku szastano pieniędzmi skarbu państwa, a w tym zadbano o to, aby skarb państwa nie poniósł żadnych kosztów. Istniało bowiem wielkie ryzyko, że więzienie (a wraz z nim i skarb państwa) proces przegra. Nie dziwi więc, że z panią sędzią Chorązką nie udało mi się porozmawiać. W sekretariacie wydziału cywilnego, gdzie sędzia jest zatrudniona, wskazano mi do niej telefon bezpośredni, ale pani sędzia nie odbierała. A potem, gdy zrezygnowany chciałem porozmawiać z nią za pośrednictwem sekretariatu, tam też już nikt nie odbierał telefonów. Nie dziwiło również, że sędzia Waldemar Krawczyk, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Opolu, nie chciał komentować tej sprawy. Nie wolno mu – jak wyjaśnił – komentować orzeczeń sądu.

Na postanowienie sędzi Chorązki przysługiwało oczywiście zażalenie. Rozpatrywał je Sąd Apelacyjny we Wrocławiu, a w nim sędzia Małgorzata Lamparska. Sędzia utrzymała zaskarżone postanowienie w mocy uzasadniając to m.in. tak: „Sąd pierwszej instancji zasadnie wskazał przy tym, że od chwili zdarzenia, w którym powodowie upatrywali źródła swej szkody do chwili wniesienia powództwa upłynął okres czasu wystarczający na zgromadzenie środków umożliwiających pokrycie kosztów sądowych…”

Tak się składa, że sędzia Lamparska jest zarazem rzecznikiem prasowym Sądu Apelacyjnego. Okazało się jednak, że jako rzecznik sprawy tej nie mogła komentować, ponieważ to ona wydawała postanowienie. A jako sędzia nie mogła komentować, bo od tego jest rzecznik. Odesłała do innej sędzi, również pełniącej rzecznika. A sędzia Maria Pietkun mogła co najwyżej ubolewać nad „niefortunnością” pewnych sformułowań użytych przez sędzię Chorązkę.

Stara ludowa mądrość mówi, że bogaty nigdy nie zrozumie biedaka. No bo właściwie, to czegóż ci Glocowie chcą? Nie głodują, w piecu się hajcuje i lampy się świecą. Mają na czym oszczędzać.

Karol Jaworski

Ostatnio zmieniany niedziela, 01 luty 2015 13:15