Wydrukuj tę stronę

Urzędniczy nowotwór

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

"Klasa urzędników jest rodzajem raka społecznego, który rozrasta się kosztem zdrowego organizmu i - jak rak - zabije go, jeżeli się nie położy tamy jego rozwojowi" - Józef Maria Bocheński, "Sto zabobonów". 

 

W ciągu ostatnich 25 lat, liczba urzędników w Polsce powiększyła się niemal trzykrotnie.  O ile 1989 roku było ich 160 tys., w roku 2012 ich liczba wynosiła już  ponad 443 tys. Tendencja wzrostu w tej dziedzinie, niestety wciąż się utrzymuje. W ciągu ubiegłego roku przybyło w Polsce ponad 5,6 tys. urzędników. Tym samym ich liczba zbliżyła się już do 450 tys. zatrudnionych. Ponad 260 tys. z nich to pracownicy samorządowi. Dla porównania, w tym samym czasie liczba mieszkańców Polski urosła o niecały  procent – z 37,9 mln osób w 1988  do  – 38,54 mln w 2012 roku. Zaszokowani? Spokojnie, liczba ta nie obejmuje pracowników ZUS, prokuratorów, sędziów i innych, którzy żyją z naszych podatków. Jak łatwo obliczyć co czwarty, a może nawet co trzeci zatrudniony Polak jest urzędnikiem, nie przynoszącym żadnego dochodu, a tym bardziej zysku. 

A teraz o zatrudnionych w ZUS. Bardzo trudno znaleźć dane na temat liczby pracowników ubezpieczyciela przed 1989 rokiem, jednak z całą pewnością liczba ta nie przekraczała 10 tysięcy osób. Są tacy którzy twierdzą, że  było ich nawet mniej niż 5 tysięcy. Ale to już przeszłość. W 2012 roku ZUS zatrudniał już całą armię urzędniczą, liczącą 46 800 osób. Wiemy, co mówimy. Dla porównania: Wojska Lądowe Sił Zbrojnych RP liczą sobie około 47 żołnierzy, Siły Powietrzne około 16,5 tys., Marynarka Wojenna 7,6 tys., Siły Specjalne 2,5 tys. 

Dwa lata temu ZUS zażądał 80 milionów złotych, potrzebnych do zatrudnienia tysiąca nowych pracowników,  w związku z planowaną reformą emerytalną i przeniesieniem środków z OFE do ZUS. Pytanie za 100 punktów:  po co ZUS-owi tylu pracowników, skoro  liczba zatrudnionych w stosunku do 1989 roku drastycznie spadła? I to jeszcze w czasach powszechnej komputeryzacji?

Porównywaliśmy Wojsko Polskie i ZUS. Choroba biurokracji dopadła także żołnierzy. W 1989 roku, w czasie transformacji, polska armia liczyła 250 tys. żołnierzy. Do 2012 roku liczba ta spadła o połowę – do 120 tys. ludzi (wliczając to Narodowe Siły Rezerwy), z czego tylko 96,7 tys. to żołnierze. Jednak polska armia, po zmianie formy na zawodową, stała się jednym wielkim biurem dla wojskowych. Według "Dziennika Gazety Prawnej" nawet 70-80 proc. całej armii, nie licząc rezerw, to „żołnierze biurowi”, czyli urzędnicy w mundurach. Ministerstwo Obrony Narodowej zapewniało, że trzeba tę sytuację poprawić, jednak na obietnicach się skończyło. Obecnie nie wiadomo, którzy żołnierze potrafią walczyć, a którzy tylko pracują za biurkiem i wypełniają papierki. 

Urzędnicy to potężna grupa wpływu. Wraz z innymi członkami najbliższej rodziny posiadającymi prawo głosu. Na przykład żona, mąż i przynajmniej jedno dorosłe dziecko, pracownicy ścisłej administracji, mają siłę ok. 1,5 miliona głosów! Jeśli do tego dodać  ZUS i innych z ich rodzinami, można liczyć już ponad 2 miliony. Każda partia polityczna, która dąży do redukcji zatrudnienia w administracji publicznej, siłą rzeczy jest mało wiarygodna. Tym bardziej, że urzędy mają coraz bardziej rodzinny charakter, a praca coraz częściej bywa dziedziczna. Etat biurokraty jest często nagrodą za zaangażowanie partyjne.

W innych krajach udało się ściąć biurokrację. Łotysze zmniejszyli liczbę etatów urzędniczych o 32,4 proc., Chorwaci o 20,4 proc., Portugalczycy o 16,5 proc. Nie jest to niemożliwe.

 

Ostatnio zmieniany wtorek, 30 czerwiec 2015 08:48