Dyskretnie i tylnymi drzwiami jakiś czas temu wprowadzono przepisy, wedle których za wydanie zaświadczenia o kradzieży tablic rejestracyjnych trzeba zapłacić 17 złotych. Dlaczego akurat tyle? Nie wiadomo, ale najistotniejsze jest to, że bez tego komisariaty dokumentu nie wydadzą. Rozumiecie ten absurd? My nie.
Oczywiście każdy opłatę uiści, choćby po to, żeby potem nie odpowiadać za przestępstwa popełnione przy użyciu skradzionych tablic rejestracyjnych. A także dlatego, aby mieć podstawę do wyrobienia nowych tablic. Ale to nie jedyne utrudnienie – kradzież należy zgłosić w komisariacie odpowiedzialnym za teren, na którym jej dokonano, a opłatę należy uregulować w banku, na poczcie lub w stosownym urzędzie, np. miasta, gminy czy powiatu. Prosi się pytanie: Czy wymyślono to z czystej złośliwości?
Potem, z dowodem wpłaty należy wrócić na komisariat po zaświadczenie, bo wydaje się je tylko osobiście. Jeśli więc mają nam już ukraść tablice rejestracyjne, najlepiej żeby zrobili to w tygodniu i na terenie naszego miasta, bo w przeciwnym wypadku, jeśli nas okradną na przykład na drugim końcu Polski, w świąteczny dzień, jeszcze nam dojdą koszty za nocleg.
Ale jest na to sposób. Wrócić do domu i zgłosić, że się tablice zgubiło. Wówczas nie tylko nie trzeba załatwiać formalności, ale także płacić za wydanie nowych tablic.
Kolejny absurd? Owszem ale bardzo korzystny. W ten sposób przysłowiowa „władza” zyskuje dwukrotnie. Dzięki tym, co zgłaszają przestępstwo, zapełnia się gminny skarbiec, a ci co twierdzą, że „zgubili” tablice, poprawiają statystyki popełnionych i niewykrytych przestępstw. Bo niezgłoszone przestępstwo nie wpływa niekorzystnie na statystykę.
Proponujemy pójść dalej i wprowadzić kolejne regulacje w interesie „władzy”. Proponujemy wprowadzenie opłat przy zgłaszaniu każdego przestępstwa. Szybko stalibyśmy się najbezpieczniejszym krajem na świecie. A polska – najlepszą, bo taką, która 100 proc. potencjalnych przestępstw likwiduje w zarodku.
Wspomniane 17 złotych to jakaś magiczna suma, a może sama liczba 17 ma jakieś tajemne znaczenie dla polskich biurokratów. Tyle trzeba zapłacić nie tylko za wydanie zaświadczenia o kradzieży. Takiej kwoty żądają gminni urzędnicy za wydanie zaświadczenia o tym, że się nie zalega w opłatach lokalnych lub za stwierdzenie stanu zaległości. Taka jest też stawka za jednorazowe pełnomocnictwo. Płacą ją nawet osoby mające pełnomocnictwo notarialne.
To jednak niewiele w porównaniu z tym, co trzeba wydać, aby otrzymać zaświadczenie z Urzędu Skarbowego, że nie trzeba płacić VAT. Jeżeli sprowadza się na przykład samochód z kraju członkowskiego Unii Europejskiej, kupujący zwolniony jest z płacenia VAT-u. Aby jednak otrzymać zaświadczenie zwalniające z podatku VAT, należy wnieść opłatę w wysokości 160 zł.
Opłaty skarbowe nałożone są niemal na każdy wydany dokument. W cenniku znajduje się blisko 80 pozycji. Niektóre, na przykład koncesje na alkohol, od biedy można zrozumieć, ponieważ wiążą się z niemałym zyskiem. Inne, szczególnie wszelkiego rodzaju zaświadczenia, mają znamiona zwykłego zdzierstwa.