Urzędnicy ministerstwa tłumaczyli, że pani Olszewska odwiedzała konferencje Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego. Wydaje się jednak, że szczególnym zainteresowaniem pani wiceminister cieszyły się konwencje w egzotycznych krajach, gdyż wśród jej ubiegłorocznych wojaży były między innymi: Zimbabwe, Korea Południowa, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Dominikana i Paragwaj. Kiedy więc niebawem usłyszymy w telewizji o milionach dzieci, które znów nie pojadą na wakacje, przypomnijmy sobie o Olszewskiej i innych, którzy pod pozorem służby państwu, za pieniądze rodziców tych dzieci, bez cienia zażenowania zwiedzali odległe zakątki świata.
Nasze elity muszą się sprawnie przemieszczać. To zrozumiałe. Taki poseł, minister czy inny vip musi być dziś tu, a jutro gdzie indziej. Nikt więc nie ma mu za złe, że lata samolotami, czy jeździ limuzyną. Pod warunkiem że podróże te odbywają się w granicach zdrowego rozsądku. Nie można tego powiedzieć o marszałku Senatu, Bogdanie Borusewiczu. Jak policzyli dziennikarze „Super Expressu”, pomiędzy styczniem 2007 r. a styczniem 2013 r., marszałek latał pomiędzy Warszawą a rodzinnym Gdańskiem aż 713 razy, co kosztowało nas, podatników blisko 400 tys. złotych. Około 300 tych podróży trwało jeden dzień. Marszałek leciał do Gdańska i jeszcze tego samego dnia wracał. Po co marszałek latał? Jeśli wierzyć dziennikarzom SE, często... chciał po prostu wyprowadzić psa na spacer. Zdarzało się to nieraz nawet w trakcie posiedzeń Senatu.
Część III (końcowa) jutro.
