Zabójca pozostał bezkarny

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Kilkadziesiąt lat temu wysoki oficer SB na rondzie w Katowicach zabił działaczkę opozycji. Pamiętamy. Zmienił się ustrój, obyczaje pozostały. 

 

 

 

 

To wydarzenie obrosło już legendą. Wielu twierdzi, że był to zamach. Zabójstwo z premedytacją. Inni, że był to wypadek. Zawiniony przez funkcjonariusza SB, ale jednak wypadek. Nie będziemy się włączać w ten spór. Zrelacjonujemy okoliczności najobiektywniej, jak potrafimy.

 

Zabitą była działaczka Solidarności, matka Adama Słomki, który potem był jednym z liderów Konfederacji Polski Niepodległej, a po zmianie ustrojowej przez jakiś czas nawet posłem.

 

Zabójcą - pułkownik Z., zastępca szefa Służby Bezpieczeństwa w woj. katowickim.

 

Były to mroczne czasy kryzysu, walki o wolność, gdy Polska pozostawała w sferze wpływów radzieckich bez szans - jak się wówczas zdawało - na suwerenność. Polska Rzeczpospolita Ludowa administracyjnie została w latach siedemdziesiątych podzielona na 49 województw, co było rozwiązaniem daleko sensowniejszym niż obecne 16 województw, poniżej do niczego niepotrzebne powiaty, poniżej gminy. Wtedy istniały mniejsze województwa, potem już tylko gminy. Dygresję wtrąciliśmy tytułem wyjaśnienia.

 

Zaczęło się od zepsutego samochodu. Maluch należący do działacza Solidarności zepsuł się na rondzie w Katowicach. Stanął i nie chciał jechać. Nic nowego. Mężczyzna zostawił auto na ulicy - niedaleko Spodka, na pasie od strony torów tramwajowych. Poszedł na poszukiwania czynnej budki telefonicznej. 

 

Automaty telefoniczne znajdowały się m.in. w przejściu podziemnym pod rondem. Być może stamtąd mężczyzna zatelefonował do koleżanki, również działaczki Solidarności. Poprosił ją o pomoc.

 

Kobieta przyjechała swoim maluchem. Zatrzymała się przed zepsutym samochodem kolegi. Wyjęła linkę holowniczą. Oboje zastanawiali się, do czego linkę przymocować. Znajdowali się pomiędzy autami. W chwili wypadku on stał, ona schylała się. Jemu połamało obie nogi, lecz przeżył. Ona odniosła obrażenia głowy. Zginęła na miejscu.

 

Do wypadku doprowadził pułkownik Z. Był pijany. Wracał z zakrapianego spotkania. Gdy zobaczył samochód blokujący pas, po którym jechał, zamiast zwolnić, zatrzymać się, wyminąć, docisnął pedał gazu. Uderzył w tył zepsutego samochodu, który z kolei uderzył w tego pierwszego malucha. A między nimi byli ludzie.

 

Przypadek sprawił, że w pobliżu znajdował się jeszcze inny działacz opozycji. Byli też kolejni świadkowie, jadący bezpośrednio za pułkownikiem Z. Prokuratura miała więc bezpośrednich świadków. Funkcjonariusz został aresztowany, następnie akt oskarżenia trafił do sądu. Prokuratura domagała się kary bezwzględnego więzienia.

 

Ale w sądzie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw sąd kazał wypuścić pułkownika Z. na wolność. Następnie biegły sądowy, którym był człowiek zawodowo związany z milicją udowodnił, że pułkownik miał jakieś zaburzenia. W ten sposób pozwolono mu uniknąć kary.

 

Zmienił się ustrój, obyczaje pozostały. 

Ostatnio zmieniany niedziela, 11 październik 2015 08:17

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku