Ani policja, ani prokuratura nie podają imienia i nazwiska ofiary porywaczy. Jak się udało ustalić, chodzi o Damiana S., prezesa jednej z działających w Rzeszowie spółek. W tej sprawie policja wydała następujący komunikat:
"Policjanci pracujący pod nadzorem Prokuratury Rejonowej dla miasta Rzeszów ustalili osiem osób zamieszanych w pozbawienie wolności osoby oraz usiłowanie doprowadzenia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Wszyscy usłyszeli już zarzuty. Wydarzenia rozegrały się na tle nieporozumień finansowych wśród biznesmenów na Podkarpaciu.
Początkiem września bieżącego roku prezes jednej z firm prowadzących galerię handlową w Rzeszowie został pozbawiony wolności przez nieznanych mężczyzn. Następnie był zmuszany do podpisania dokumentów, które miały upoważnić inne osoby do podejmowania decyzji finansowych w zarządzanej przez niego spółce. W toku prowadzonego śledztwa ustalono czterech mężczyzn, którzy byli sprawcami tego czynu. Mężczyźni zostali zatrzymani. Zgromadzony materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie im zarzutów bezprawnego pozbawienia wolności i usiłowania doprowadzenia osoby do niekorzystnego rozporządzenia mieniem zarządzanych firm.
Dalsze czynności doprowadziły do dwóch kolejnych osób, które pomagały zorganizować całą akcję. Przedstawiono im podobne zarzuty. Policjanci wydziału dochodzeniowo-śledczego z komendy wojewódzkiej pracujący nad tą sprawą ustalili również, kto był zleceniodawcą przestępczego czynu. Okazali się nimi dwaj znani biznesmeni z Podkarpacia.
***
W tej sprawie trzy osoby były tymczasowo aresztowane. W przestępczym procederze brali udział dwaj funkcjonariusze spoza województwa podkarpackiego. Jeden z nich uczestniczył w pozbawieniu wolności pokrzywdzonego. Wobec wszystkich osób zostały zastosowane środki zapobiegawcze w postaci poręczenia majątkowego, dozoru policyjnego oraz zakazu opuszczania kraju".
Porywacze potraktowani chyba dość delikatnie.
***
Damian S. miał się narazić wspólnikom. Jak zwykle w takich sprawach chodziło o pieniądze. Dwaj jego partnerzy czuli się oszukani. Ile w tym prawdy - trudno orzec. W każdym razie dwaj wspólnicy złożyli doniesienie do prokuratury o przestępstwie popełnionym rzekomo przez trzeciego wspólnika. Razem mieli wyremontować galerię handlową w Rzeszowie, na co wzięli kilkadziesiąt milionów zł kredytu. Ich spółka nie wyremontowała galerii handlowej, gdyż za pożyczone w banku miliony kupiła różne nieruchomości, w dodatku z gigantycznym długiem. Ściślej rzecz biorąc, chodziło o ok. 390 mln zł niespłaconych należności. Te ogromne pieniądze zabezpieczone były na hipotece wspomnianych nieruchomości. W takiej sytuacji tylko wariat by je kupował.
Czy wszyscy trzej panowie zwariowali, czy tylko Damian S. - powinna to wyjaśnić prokuratura. I wyjaśniała. Chyba dosyć opieszale to czyniła, bo właśnie zniecierpliwienie i niewiara w skuteczność organów ścigania miały skłonić dwóch wspólników czujących się oszukanymi przez trzeciego do tego, by wziąć sprawy w swoje ręce.
I wzięli sprawy w swoje ręce. Najpierw zastanawiali się, kto byłby najbardziej skutecznym porywaczem. Doszli do wniosku, że jak zlecić porwanie, to tylko policjantom.
Następnie trzeba było znaleźć chętnych do takiej roboty. Biznesmenom pomógł... ksiądz. Skontaktował ich z kim trzeba.
Kim trzeba był kolejny biznesmen, jednak on osobiście nie znał odpowiednich ludzi. Ale znał osobę, która powinna ich znać. Czyli kolejnego biznesmena, tym razem w spódnicy. Poprzez kobietę udało się dotrzeć do bezpośrednich wykonawców zlecenia.
***
Jednym z wynajętych zbirów był oficer Komendy Stołecznej Policji w Warszawie. Drugi to podoficer Komendy Powiatowej Policji w Tczewie.
4 września 2014 r. obaj policjanci w towarzystwie jeszcze jednego mężczyzny, zjawili się pod domem Damiana S. Pierwotnie chcieli go porwać właśnie sprzed domu. Zobaczyli, że człowiek wychodzi z małym dzieckiem, więc nieco zmodyfikowali plan. Postanowili śledzić Damiana S. i uprowadzić go w dogodnym momencie.
Okazało się, że mężczyzna odwoził dziecko do przedszkola. W chwili, gdy wracał do samochodu, podeszli do niego policjanci. Wyjęli policyjne blachy. W tej sytuacji Damian S. nie protestował, gdy mu kazali iść z sobą. Wsadzili do swojego samochodu, skuli ręce i obiecali:
- Na długo rozstajesz się z rodziną.
Potem biznesmen usłyszał, że jeśli uda się z nimi do notariusza i podpisze jakieś dokumenty, wówczas uniknie odpowiedzialności karnej. Nic dziwnego, że Damian S. zaczął się czuć nieswojo. Niby mają odznaki, tak zwane blachy, które wyglądają na autentyczne. Przedstawiają się jako funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Ale dlaczego, wobec tego, nie wiozą go na komendę ani do prokuratury.
Do prokuratury? To jest to. Przecież prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie, w którą (póki co) jest on tylko zamieszany. A gdyby sam się przyznał? Premia dla prokuratora, nagrody dla policjantów, może premie, a może nawet awanse. No i on jako osoba, która przed postawieniem mu formalnych zarzutów, sama przyznaje się do popełnienia przestępstwa, byłby w ciekawszej sytuacji. Damian S. zdecydował.
- Dobrze panowie - powiedział. - Przyznaję się do wszystkiego. Wieźcie mnie do prokuratury, a złożę obciążające samego mnie zeznania.
W samochodzie konsternacja. Przecież nie o to chodziło. Będą premie, będą może awanse... Ale te premie niech sobie wsadzą gdzieś ich zwierzchnicy. Trzeba będzie zapomnieć o kilku setkach tysięcy złotych. Cholera jasna! Za co taka krzywda ich spotyka!
- Do lasu! - zaordynował jeden z porywaczy.
Damian S. zbladł. Poczuł, że mu zimno. Potem poczuł, że mu bardzo gorąco. Potem... że czuje mdłości. I obezwładniający strach.
O to właśnie chodziło.
***
Panowie funkcjonariusze wywieźli delikwenta do lasu. Skuty policyjnymi kajdankami mógł myśleć tylko o jednym. Gdy wjadą między drzewa zacznie się ból. Ile będzie trwał? Pewnie tak długo, ile on wytrzyma. A jeśli poleją go benzyną i podpalą? Nie obroni się mając te kajdanki na rękach.
Dotarli do lasu. Damian S. czuł, że zbliżała się śmierć. Przecież nie zostawią go przy życiu po torturach.
I rzeczywiście. Ci podrabiani policjanci (biznesmen teraz był tego pewien) założyli czarne rękawiczki. Po co? No, wiadomo, po co. Przecież oglądał tyle filmów, więc wiedział. Teraz zamienią go w nawóz.
Jego przyszli oprawcy (był tego pewien) wysiedli z auta. Jego też brutalnie wyciągnęli na zewnątrz. Pokazali broń. Pokazali pistolety, nie armaty, czy rakiety, ale Damianowi S. naprawdę było wszystko jedno.
- Ty gnoju. Czy ty wiesz, na jak długo trafisz do więzienia? - usłyszał.
Te słowa w jego uszach brzmiały jak werdykt sądu oznaczający uniewinnienie. Nie chcą go zabić. Byle tylko nie męczyli. Nie wie, czy wytrzyma tortury.
- Dobrze. Zrobię wszystko, co każecie - obiecał.
"Opiekunowie" na powrót wsadzili go do auta. Zawrócili w stronę Rzeszowa. Wjechali do miasta. Samochód zatrzymał się pod kancelarią notarialną świadczącą usługi na rzecz wspólników Damiana S. Mężczyzna został rozkuty.
- Wysiadamy - polecił któryś z porywaczy.
Damian S. posłusznie wysiadł.
- Pamiętaj. Masz być grzeczny - zapowiedział jeden z niedoszłych oprawców.
***
Damian S. usłyszał, że u notariusza ma tylko podpisać przygotowane dokumenty. Z dokumentów wynikało, że bierze na siebie zobowiązania w wysokości 41 mln zł. Dwóch porywaczy czekało. Jeden wraz z nim wszedł do kancelarii notarialnej.
Damian S. wiedział, że bez szemrania ma podpisać dokumenty, czekające w kancelarii. Wraz z funkcjonariuszem Komendy Powiatowej Policji w Tczewie wszedł do środka. Notariusz już czekał.
W chwili nieuwagi zbira z blachą Damian S. chwycił za długopis i na skrawku papieru napisał prośbę o wezwanie policji. Znacząco przyłożył palec do ust, po czym szybko podał wiadomość notariuszowi. Prośba ta mogła wyglądać następująco:
"Zostałem porwany. Robię to pod przymusem. Wezwijcie policję".
Notariusz przeczytał wiadomość i zbladł.
- Przepraszam panów na momencik. Muszę iść do ubikacji - powiedział. I wyszedł ze swojego gabinetu zostawiając tam porwanego Damiana S. i jednego z porywaczy. Następnie zadzwonił na policję.
- Jest u mnie człowiek, który twierdzi, że został porwany i sterroryzowany, by podpisać czekające u mnie dokumenty. Wiadomość przekazał mi pisemnie w chwili nieuwagi jednego z porywaczy - mówił pan rejent.
Gdy idzie o szczegóły być może odbyło się to nieco inaczej. W każdym razie Damian S. wykorzystując dogodną chwilę napisał notariuszowi, że został porwany, a notariusz powiadomił policję. Policjanci chyba nie uwierzyli, że to jest prawdziwe porwanie. Do kancelarii notarialnej wysłali 2 policjantki, by sprawdziły, co tam się dzieje.
Policjantki weszły dośrodka. Wtedy policjant z Tczewa krzyknął:
- Policja! Uważajcie, bo... - i machnął blachą.
Policjantki spanikowały. A wtedy ich kolega po fachu dorabiający sobie jako porywacz, wybiegł z kancelarii i ostrzegł pozostałych. Uciekli.
Po kilku tygodniach zostali namierzeni.
I teraz to najciekawsze. Policja i prokuratura ustaliły, że policjanci byli porywaczami biznesmena. W chwlili ujawnienia tych faktów przez prokuraturę (a było to pod koniec listopada br.) obaj porywacze z policji pozostawali na wolności. Żeby było weselej, obaj porywacze zostali zawieszeni, ale tylko jeden z nich został wydalony ze służby. Przez co czuje się bardzo skrzywdzony. Odwołał się więc od tej decyzji.
Źródła:
http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/3660196,policjant-z-tczewa-podejrzany-o-porwanie-uzyl-odznaki-by-uprowadzic-biznesmena,2,id,t,sa.html
http://www.nowiny24.pl/apps/pbcs.dll/article AID=/20141121/RZESZOW/141129948
http://www.podkarpacka.policja.gov.pl/serwis-informacyjny/art11853,podejrzani-o-uprowadzenie-zatrzymani.html
Jak zlecić porwanie, to tylko policjantom. I księdzu. To nie żart. To się zdarzyło naprawdę. Porywacze, za uprowadzenie biznesmena z Rzeszowa, mieli otrzymać kilkaset tysięcy złotych.
Skomentuj
Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.