Bardzo spokojni chuligani

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Za ochronę czyjegoś mienia, zdrowia i życia należy się stosowny wyrok. Dziś Robert jest już recydywistą. Został bowiem dwukrotnie skazany za to samo – za to, że jako dyrektor agencji ochrony strzegł czyjegoś mienia, zdrowia i życia.

Nie musicie wierzyć w to, co poniżej. Przecież Polska to kraj, którego nie ma. A Ziemianie to gatunek wodorostów, występujących na Marsie.

Dla ochroniarzy piątki i soboty, to najbardziej gorący okres. Pełne knajpy. Ludzie więcej piją. Rozrabiają. Ale gdy na interwencję jedzie 5 osób umundurowanych i dobrze wyposażonych, to często sam widok wystarcza, by rozładować sytuację i uspokoić nawet tych bardziej krewkich.

Robert był dyrektorem agencji ochrony Spartan w Bielsku-Białej. Sam nie posiadał licencji na ochronę osób i mienia, ani odpowiedniego wzrostu, więc zajmował się robotą papierkową, a gdy było trzeba, to wskakiwał za kierownicę samochodu grupy interwencyjnej. Tak, jak w nocy z 17 na 18 lipca 2010 r., gdy ktoś w pizzerii „Jedynka” w Bielsku-Białej uruchomił pilot napadowy.

Pilot napadowy, to takie urządzenie, które czasami można sobie obejrzeć na filmach gangsterskich. Włączone w nocy z 17 na 18 lipca spowodowało, że w bazie agencji Spartan zawył alarm. Za chwilę wyskoczyło z niej 4 ochroniarzy i pan dyrektor. Gdy dojechali do pizzerii ujrzeli istne pobojowisko. Poprzewracane stoły i krzesła, poprzewracane lampy. Jak po bitwie.

- Co tu się stało? – ochroniarze spytali pracowników pizzerii.

- W ogórku piwnym siedziała grupka mężczyzn. Pobili się chyba między sobą. Było ostro.

- To widać. A gdzie sprawcy?

- Narozrabiali, a potem sobie poszli.

- Nie zatrzymywaliście ich?

- No jak? Ich było więcej.

Nagle do ogrodzenia pizzerii podbiegła grupa mężczyzn i jakaś kobieta. Zionęło od nich wódą. W stronę ochroniarzy posypały się wyzwiska. Jeden z mężczyzn zaczął kopać ogrodzenie.

- To oni! – zawołał któryś z pracowników „Jedynki”.

Grupa interwencyjna ruszyła do akcji. Gleba. Jeden pijany został przyciśnięty do ziemi. Drugi  do ściany. Trzeci zaczął uciekać. Pan dyrektor pobiegł za nim, ale się tylko zasapał. Za chwilę na miejscu zjawiła się straż miejska.

Ochroniarze:

– Zatrzymaliśmy chuliganów.

Chuligani:

– My ludzie spokojni.

Ochroniarze:

– Jacy spokojni. Proszę popatrzeć na te zniszczenia, na sińce i krwiaki od bicia się między sobą.

Chuligani:

– No właśnie. To ślady po tym, jak nas ci w uniformach katowali.

A na to straż miejska:

- To nie nasza sprawa. Wzywamy policję.

Przyjechała policja. Zaczęła wypytywać. Od nowa. O to samo. Ochroniarze mówili swoje, chuligani swoje. Policjanci wysłuchali, odnotowali, odjechali.

Minęło kilka miesięcy. Policja przeprowadziła dochodzenie. Uznała, że chuligani są w istocie bardzo spokojnymi ludźmi, zaś pracownicy ochrony – chuliganami. Nie było żadnej bójki pomiędzy pijanymi klientami pizzerii. To wymysł ochroniarzy, którzy mieli ochotę wlać manto spokojnym obywatelom. A porozwalane stoły, krzesła i lampy? To również da się wytłumaczyć. Rozgardiasz spowodowali najpewniej sami ochroniarze, by zwalić winę na spokojnych klientów lokalu.

Wśród oskarżonych znalazł się m.in. pan dyrektor. Podstawą do postawienia mu zarzutów były siniaki, których nikt nigdy nie widział. Kilka miesięcy po awanturze w pizzerii policja przesłuchała jednego z jej uczestników. Ten zeznał, że pobili go ochroniarze, ale nie wiedział, którzy. Drogą dedukcji śledczy doszli do tego, że jednym z bijących był Robert.

- Bolało, gdy był pan bity? – policjant się dopytywał.

Przesłuchiwany przyznał, że bolało. I pokazywał palcem miejsca, gdzie po kilku miesiącach od zdarzenia żadnych siniaków nie było. A policjant skrzętnie wszystko notował.

- Ma pan jakąś obdukcję? – spytał przesłuchiwanego.

- Nie mam, ponieważ nie byłem u lekarza.

Dlatego to nie obdukcja, lecz tylko policyjna notatka stanowiła podstawę opinii, którą sporządził biegły. Zdaniem biegłego opis siniaków, ich piękna zieleń i fiolet, pozwalają przypuszczać, iż mogły one powstać na skutek kopania oraz bicia pałką teleskopową. Opinia biegłego była podstawą aktu oskarżenia przeciwko dyrektorowi agencji ochrony Spartan.

Kiedy Robert dostał wezwanie do sądu, poczuł, że to nie przelewki. Wynajął adwokata. Adwokat zapoznał się z aktami. Przeczytał, że ochroniarzami byli bardzo wysocy, dobrze zbudowani, łysi mężczyźni.

- Pan chyba nie zalicza się do wysokich i dobrze zbudowanych. Ile ma pan wzrostu? – zapytał adwokat.

- 160 centymetrów – odpowiedział Robert.

- W takim razie radzę, by był pan na każdej rozprawie. Na pewno sąd będzie pytał świadków i poszkodowanych czy pana rozpoznają.

Zgodnie z radą adwokata Robert zjawiał się na każdej rozprawie. I rzeczywiście sąd pytał świadków, czy już go kiedyś widzieli. Dwie osoby zeznały, że widziały Roberta, gdy rozmawiał z funkcjonariuszem straży miejskiej. Inni go nie kojarzyli. Również ten główny poszkodowany, który opowiadał o zieleni i fiolecie swoich sińców. Stwierdził on, że twarz i aparycja Roberta nic mu nie mówią.

Tak więc Robert siedział na ławie oskarżonych, choć jego opis kompletnie nie pasował do opisu rzekomych sprawców pobicia i choć nie został wskazany przez żadnego ze świadków ani w trakcie dochodzenia, ani już w trakcie procesu, jako ten, który bił czy kopał.

Sędzia ustaliła jednak z całkowitą pewnością, że pokrzywdzeni byli zachlani, więc mieli prawo nie pamiętać twarzy swoich oprawców. A poza tym była noc, było ciemno, a w ciemności trudno rozpoznać twarze. Nawet jeśli nikt nie pamiętał, by Robert bił kogokolwiek, to nie znaczy, że tego nie czynił. Pan dyrektor został więc skazany na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Żeby było weselej, wcale nie został skazany za to, co zarzucono mu w akcie oskarżenia. Oskarżony został bowiem o złamanie przepisów ustawy o ochronie osób i mienia. W połowie procesu prokurator uczestniczący w procesie zauważył, że Robert nie ma licencji ochroniarza. A skoro nie jest ochroniarzem, więc jego przepisy ustawy nie dotyczą. Sędzia zmieniła kwalifikację czynu i skazała go  po prostu za pobicie.

Robert słuchał wyroku i zastanawiał się czy to sen, czy jawa. W pisemnym uzasadnieniu wyroku sędzia napisała m.in., że relacja pijanych była spójna i wiarygodna, a relacja trzeźwych wręcz przeciwnie. Uczciwie przyznała, że pijani raz mówili o pięciu ochroniarzach, raz o ośmiu, a raz o całej szarańczy, nie byli pewni, czy ochroniarze mieli jakieś pałki, czy nie. Były to jednak drobne i nieistotne nieścisłości. Z wyrokiem w łapie, z jego uzasadnieniem i innymi kwitami, Robert poszedł do kolejnego adwokata, a ściślej do pani adwokat. Była ona chyba pierwszą osobą, która zapoznała się z materiałem dotyczącym pana dyrektora. A potem zapytała:

- Czy pan wie, za co pana skazano?

- Nie wiem – Robert na to.

- Ja też nie – stwierdziła pani mecenas. – Z materiałów policji wynika, że pana nikt nie poznał. Na sali sądowej także pana nikt nie rozpoznał, wyjąwszy osoby, które widziały, jak pan rozmawia. A za rozmowę jeszcze się nie skazuje. W notatce sporządzonej przez policję na miejscu zdarzenia pana nie wymieniono. W notatce sporządzonej przez straż miejską także pana nie ma. Opinia biegłego została wydana wyłącznie na podstawie subiektywnej relacji. Nic dziwnego zresztą, skoro rzekomy pokrzywdzony bezpośrednio po tym zdarzeniu nie pokazał się żadnemu lekarzowi. Nie wykonano więc obdukcji, która powinna być podstawą takiej opinii.

I napisała apelację.

- Niech się pan nie martwi – powiedziała. - Wszystko będzie dobrze.

Sąd odwoławczy przyjął apelację dyrektora. Dał sobie tydzień na ogłoszenie swojego werdyktu. Robert zjawił się na rozprawie apelacyjnej po to, by usłyszeć, że sąd pierwszej instancji prawidłowo rozpoznał sprawę.

Tamten wyrok zapadł w połowie 2011 r. Dziś Robert jest już recydywistą. Został bowiem dwukrotnie skazany za to samo – za to, że jako dyrektor agencji ochrony strzegł czyjegoś mienia, zdrowia i życia.

Agencja ochrony Spartan ochraniała nie tylko kluby i knajpy, banki i biurowce, ale i prywatne osoby. Jedną z nich był bardzo bogaty cudzoziemiec, który w Bielsku-Białej miał filę swojej firmy. W firmie tej zatrudniał m.in. Polki, wśród których były również mężatki. Mąż jednej z nich, wielki zazdrośnik, w styczniu 2011 r. wziął bejsbola i zasadził się na pracodawcę swej lubej. Efektem były bardzo skomplikowane złamania z przemieszczeniami obu rąk cudzoziemca oraz pokiereszowana głowa. Ręce w gipsie, łeb w bandażach. Facet wyglądał, jakby wpadł pod kombajn. Nie miał ochoty na jeszcze, więc poprosił, by agencja ochrony przydzieliła mu kierowcę, a zarazem tłumacza. Pan dyrektor znał języki obce. Postanowił, że to on będzie kierowcą cudzoziemca, a w razie czego złapie za telefon i zanim grupa interwencyjna przyjedzie na miejsce, klienta zastawi własnym ciałem.

Rozpoczął się proces przeciwko zazdrosnemu mężowi. Prokuratura postawiła mu zarzuty ciężkiego pobicia z uszczerbkiem na zdrowiu, a także gróźb karalnych słanych za pomocą esemesów. Na pierwszej rozprawie odczytano esemes, w którym zazdrosny mąż obiecywał, że „dokończy sprawę”. Po zakończonej rozprawie Robert i jego klient wyszli z sądu, wsiedli do auta i ruszyli. W lusterku wstecznym nagle pojawił się zazdrosny mąż, jadący swoim samochodem. Na podwójnej ciągłej wyminął ich, po czym zaczął spychać z drogi, a gdy to się nie powiodło, zaczął gwałtownie hamować. Robert robił co mógł, by nie uszkodzić luksusowego volvo swojego klienta. Jedną ręką trzymał kierownicę i wykonywał uniki, a drugą trzymał telefon i wzywał grupę interwencyjną.

Adwokat cudzoziemca złożył doniesienie na policję. Policjanci uznali, że jest to temat dla drogówki. Zdaniem policji złamane zostały jedynie przepisy kodeksu drogowego. Głównym świadkiem był oczywiście Robert, któremu policjanci kazali krok po kroku opisać wszystkie wykroczenia popełnione przez zazdrosnego męża.

- A wzywał pan pomoc?

- Wzywałem.

- Dobrze się pan spisał, panie Robercie – komentował policjant.

Za tydzień ten sam policjant zatelefonował do Roberta.

- Wie pan, że jak drwa rąbią, to wióry lecą?

- Czemu pan mi to mówi?

- Pan przyjedzie.

Robert zjawił się na komendzie, a tam policjant pokazał mu zdjęcie wykonane przez zazdrosnego męża jego telefonem komórkowym. Na zdjęciu Robert za kierownicą i z telefonem przy uchu.

- Wie pan, że mamy taryfikator, w którym takie zachowanie ujęte jest jako wykroczenie?

- Przecież ja to wszystko już panu zeznałem.

- Faktycznie. Mamy więc podwójny dowód pańskiej winy. To zdjęcie i pańskie zeznanie.

- To pisz pan mandat.

- Nie da się. Telefonował pan wykonując niebezpieczne manewry. Tę sprawę kierujemy do sądu.

Dyrektor agencji Spartan ponownie więc zasiadł na ławie oskarżonych. I ponownie został skazany. Tym razem tylko na karę grzywny. Z dwoma wyrokami nie mógł już pracować w branży ochroniarskiej. Zajął się aranżacją ogrodów. A gdy widzi, jak kogoś piorą, po prostu odwraca głowę.

Zet

 

Ostatnio zmieniany niedziela, 01 luty 2015 13:25

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku