Dziennikarze i inni twórcy stawali przed sądem za – zdawałoby się błahostki. Michałowi Smolorzowi, który w śląskiej „Gazecie Wyborczej" skrytykował jednego z architektów, mającego bardzo duży wpływ na plan urbanistyczny powojennych Katowic, sąd nakazał przeprosić architekta.
Skazywani dziennikarze przeważnie wygrywają w Strasburgu przed ETPCz. Ciągle zdarza się, że za upublicznianie poglądów można trafić przed sąd. Robert Frycz, twórca strony Antykomor.pl został trzy lata temu skazany za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Kara to rok i trzy miesiące ograniczenia wolności, polegające na tym, że Frycz miał wykonywać 40 godzin prac społecznych miesięcznie.
Na początku bieżącego roku w trybie wyborczym skazany został szef jednego z elbląskich portali internetowych za publikacje dotyczącą prezydenta miasta.
Choć konstytucja gwarantuje nam wolność wypowiedzi, są sposoby, aby ją ograniczyć. Jednym z nich jest artykuł 212 kk, który mówi: „kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”.
Burmistrzowie i prezydenci, wójtowie oraz prezesi państwowych firm, urzędnicy i sędziowie, chętnie korzystają z tego zapisu, by zamknąć dziennikarzom usta. I po cichu, a czasem nawet jawnie, tęsknią do czasów, gdy obowiązywała cenzura. Nic dziwnego. Boją się prześladowanych.pl i innych krytycznych dziennikarzy, którzy nie uprawiają propagandy sukcesu. Nic dziwnego. Jak mówi przysłowie, „na złodzieju czapka gore”.