Pod wspólnym naciskiem ministra sprawiedliwości, prokuratury i policji, sąd II instancji zgodził się na zastosowanie aresztu wobec Roberta W., który dopalacze rozprowadzał. Tym samym dokonano zamachu na niezawisłość sądu. Złamano też nową procedurę karną, na którą powołał się sąd I instancji. Nowe regulacje pogwałcono niecały miesiąc po tym, gdy zaczęły obowiązywać.
W. handlował dopalaczami, do czego sam się przyznał. Zauważmy jednak, że robił to najzupełniej legalnie, a nawet płacił podatki. Jak tłumaczył prokuraturze, a następnie sądowi, nie zdawał sobie sprawy ze szkodliwości rozprowadzanego specyfiku o nazwie „Mocarz”. Niezależnie od tego, czy "Mocarz" jest tak niebezpieczny, jak się go przedstawia, w świetle prawa nie jest substancją zakazaną.
Co do dopalaczy w ogóle. Jeśli są one sprzedawane, jeśli pod pozorem sprzedawania dopalaczy różni spryciarze handlują lizolem lub innym świństwem, to wina państwa. Państwo, które zarabia krocie na sprzedaży alkoholi wywołujących uzależnienie, przeróżne choroby, stanowiących przyczynę zabójstw i śmiertelnych wypadków, jednocześnie zakazuje sprzedaży marihuany. To marihuana jest na indeksie. Wystarczy mieć przy sobie zaledwie jeden jej gram, aby znaleźć na celowniku policji, a potem w więzieniu. Z pewnością stąd bierze się ta niezwykła popularność dopalaczy w Polsce, że za ich posiadanie nie idzie się do więzienia.