Okrucieństwo ZUS

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Spartanie zrzucali kaleki ze skał. My mamy ZUS.

- Protestuję przeciwko użyciu takich sformułowań, jak okrucieństwo - słowa rzecznika ZUS.

Znęcanie się jest właściwsze? A okrucieństwo? Pomiatanie?

Po kilkunastu latach pracy na stanowisku kierownika administracyjnego Sanepidu Bacia postanowił zmienić swoje życie i założył firmę, zajmującą się produkcją ozdobnych donic, eksportowanych następnie do Szwecji. Kolejnym miejscem pracy Baci stał się Teatr Rozrywki w Chorzowie. Bacia był w nim portierem. Jego stanowisko pracy oficjalnie zwało się nieco inaczej. Był portierem-informatorem.

- Trochę śmieszny ten termin urzędowy – przyznaje Bacia. – Ale sensowny. Przychodził człowiek z ulicy, wchodził do teatru i mówił do mnie: Ty, powiedz mi, o czym jest „Skrzypek na dachu”. I musiałem opowiedzieć. A czasem nawet zrecenzować, gdy pytali o aktorki i o aktorów.

Bacia, czyli Robert Bajwoł, portierem-informatorem był do pierwszego udaru. Dziś jest bezrobotnym dziadem, którego utrzymują przy życiu przyjaciele z teatru. Im tylko zawdzięcza, że jeszcze nie zdechł z głodu.

W 2008 r. portier-informator miał 44 lata. Pierwszym symptomem, że coś jest z nim nie tak, było drętwienie najpierw prawej nogi, potem połowy ciała. A następnie Bajwoł stracił przytomność. Ocknął się w szpitalu na neurologii. Dopiero od pielęgniarki dowiedział się, że trzy dni leżał jak kłoda. Chciał wstać – nie da rady. Chciał coś powiedzieć – z ust wydostawał mu się bełkot. Objawy typowe przy wylewie krwi do mózgu.

W teatrze szok. Bacia w szpitalu? Niemożliwe. Udar? E tam. Przecież to kawał chłopa. Wysoki, 120 kg wagi, gęba zawsze uśmiechnięta, gaduła i kobieciarz. Ponad dwa miesiące spędził w szpitalach, na oddziałach rehabilitacji, gdzie od nowa uczono go chodzić i mówić. Jak to bywa w przypadku udarowców, pierwszym słowem wypowiedzianym przez Bacię było „kurwa”.

Klnij na zdrowie

- Klnij sobie na zdrowie – mówił mu lekarz.

Bacia nie wrócił do zdrowia. Jego obecna przypadłość nazywa się „brakiem czucia głębokiego”. Znaczy to, że nie umie poruszać prawą nogą i prawą ręką. Nauczył się pisać lewą ręką. Chodzi używając kul, choć w zasadzie powinien jeździć na wózku, bo nie czując jednej z nóg często traci równowagę i przewraca się.

Po kilku miesiącach rehabilitacji Bacia był w dużo lepszym stanie niż obecnie. O własnych siłach wyszedł ze szpitala, wsiadł do pociągu i pojechał do rodziny. Na dworcu w Zamościu poczuł taki ból w klatce piersiowej, że nie mógł oddychać. Ludzie zobaczyli, iż jest z nim bardzo źle, ktoś zadzwonił po karetkę. W szpitalu stwierdzono rozległy zawał serca. Bacia natychmiast trafił na stół operacyjny, uratowano mu życie, ale efekty rehabilitacji poszły wniwecz.

W marcu 2010 r. Bacia miał drugi udar mózgu. Tym razem objawy były zupełnie inne. Siedział przed komputerem i nagle zaczął wymiotować na ekran. Następnie chciał coś powiedzieć, ale z ust wydostawał się bełkot. Ponieważ działo się to w kawiarence internetowej, wystraszony właściciel kawiarenki zadzwonił po karetkę. Ratownicy zawieźli Bajwoła od razu na neurologię, a dyżurująca tam lekarka uznała, iż przywieziono pijaka.

- Z nim trzeba na izbę wytrzeźwień – stwierdziła. Bacia chciał protestować, ale bełkocząc tylko potwierdzał jej diagnozę. Ostatecznie przekonał lekarkę tym, że przy niej stracił przytomność.

Niezdolny do egzystencji

Jako kuternoga i połamaniec Bacia nie chciał być balastem dla najbliższych. Rozstał się ze swoją partnerką – aktorką Teatru Rozrywki i dokuśtykał do noclegowni w Chorzowie. Tam jednak nie było dla niego miejsca.

- Miasto ma pokoje studenckie w centrum miasta – doradził mu kierownik noclegowni. – Ale studenci w nich nie mieszkają. Może znajdzie się jakiś kąt i dla pana.

Rzeczywiście. Urzędnicy znaleźli dla Baci pokoik na drugim piętrze w starej kamienicy bez windy. Drugie piętro, strome schody, w sam raz dla człowieka, który do chodzenia używa jednej nogi. Opłaty za pokoik, za ogrzewanie, wodę i prąd, to kilkaset złotych miesięcznie. Na szczęście w październiku 2010 r, decyzją prezesa ZUS Bacia otrzymał rentę. Przyznano mu 706,29 zł. Dwa udary mózgu, jeden zawał serca, założone stenty i usunięty woreczek żółciowy, to niewiele więcej niż grypa, więc ZUS przyjął, że Bacia całkowicie ozdrowieje. Rentę przyznano mu na dwa lata, to jest do 31 marca 2012 r. W marcu złożył więc wniosek o wydanie kolejnej „decyzji rentowej”. Zdaniem urzędników Bacia mógł już być zdrowy. Wyznaczono mu termin badania przez lekarza-orzecznika ZUS. Termin badania – 17 maja 2012 r. Blisko dwa miesiące od złożenia przez niego wniosku o dalszą wypłatę renty.

Bacia jeść musiał. Musiał też kupować leki. W kwietniu nie dostał ani grosza z ZUS. Poszedł do parabanku i wziął tak zwaną „chwilówkę”. Pożyczył 240 zł. Na tyle wycenił swoje zaufanie do państwa polskiego. Wierzył bowiem, że w maju, najpóźniej w czerwcu, od państwa polskiego otrzyma należną mu rentę i spłaci pożyczkę.

W maju br. Robert Bajwoł dowlókł się do oddziału ZUS w Chorzowie. Miał blisko. Zaledwie dwie przecznice.

- Ile pan waży? – zapytała wysoka komisja, orzekająca o stanie zdrowia.

- A skąd mogę wiedzieć? – odpowiedział pytaniem Bacia.

- Tam jest waga – wysoka komisja wskazała kąt sali. – Proszę na niej stanąć.

- Na jednej nodze? Mogę skręcić kark.

- Faktycznie – przyznała wysoka komisja. I orzekła: „niezdolny do samodzielnej egzystencji”.

Wydział głodzenia rencistów

Badanie odbyło się w siedzibie ZUS w Chorzowie, więc odpowiedni dokument trafił do rentowych akt Baci jeszcze tego samego dnia, kiedy został stworzony. Mimo to Robert Bajwoł renty nie otrzymał. Cierpliwie czekał na nią aż do czerwca. Przeżył dzięki przyjaciołom. Koleżanka aktorka przyniosła bochen chleba, kolega aktor – kiełbasę. Kierowniczka literacka latała do niego ze słoikami bigosu. W czerwcu Bacia dokuśtykał do chorzowskiego ZUS i zapytał, co z jego rentą. A tam zdziwieni, że ich pyta. Powinien pytać w oddziale ZUS w Opolu.

- A co to ma za znaczenie? – tym razem ja pytam Bacię. - Przecież ZUS jest jednym urzędem.

- To się pan przekona – odpowiada Bajwoł.

Wyjaśniono mu, że w Opolu jest „wydział realizacji umów międzynarodowych”, a Bacia krótki okres czasu pracował za granicą. To wystarczyło, by jego akta spakowano i wysłano do innego oddziału. Nie ma akt, nie ma problemu. I nie ma renty. ZUS w Chorzowie wyposażył Bajwoła w numery telefonów do ZUS w Opolu i go pożegnał.

Bacia użebrał parędziesiąt złotych i zaczął dzwonić. Ale w Opolu nikt nie podnosił słuchawki. Po półtora tygodnia zdarzył się cud. Po drugiej stronie odebrała telefonistka i Bacia mógł wreszcie zapytać o swoją rentę.

Sprawdziłem czy Bacia nie fantazjuje i przez dłuższy czas usiłowałem dodzwonić się na trzy numery centrali ZUS w Opolu. Rzeczywiście nikt nie podnosił słuchawki. Dodzwoniłem się natomiast do sekretariatu dyrekcji.

- Dlaczego nie można się do państwa dodzwonić?

- Mamy tylko jedną osobę, która odbiera telefony. Centralka też jest, jaka jest, a brak środków na nową – wyjaśnił Adam Kornacki, wicedyrektor do spraw świadczeń ZUS w Opolu.

W każdym razie Bacia dodzwonił się po to, by usłyszeć, że nie dostanie żadnych pieniędzy, zanim nie złoży oświadczenia o swoim statusie materialnym. Tak dalece miano go gdzieś, że czekano aż sam się skontaktuje, by mu przekazać tę wiadomość.

- Już mówię - Bajwoł na to. - Nie będzie to długa opowieść, bowiem nie mam nic. Nawet jedzenia.

- My musimy mieć to na piśmie – przerwała mu urzędniczka.

- Prześlę emailem, żebyście mieli moje oświadczenie jak najszybciej – zaproponował.

- Przyjmujemy tylko te oświadczenia, które są na naszych drukach. Wyślę panu taki druk. Proszę go wypełnić i odesłać listem poleconym – powiedziała urzędniczka. – Inaczej go nie przyjmiemy.

Dopiero w połowie czerwca do Baci nadeszło pismo sygnowane przez starszego aprobanta Małgorzatę Morawiec z formularzem oświadczenia, bez którego ZUS nie chciał wypłacić renty.

ZUS się nie mści

Bacia znowu wyżebrał parę złotych na znaczek i wysłał list. Kilka tygodni i kilkanaście słoików bigosu później odważył się ponownie dzwonić do opolskiego oddziału ZUS. Tym razem dodzwonił się szybciej, bo po tygodniu usiłowań. Urzędniczka poinformowała go obojętnym tonem, że jego sprawa jest w toku. Nie wdawała się w szczegóły. Był to już kolejny miesiąc, który Bacia przeżył wyłącznie dzięki przyjaciołom z Teatru Rozrywki w Chorzowie. Nic dziwnego, że tym razem stracił cierpliwość. Rzucił słuchawką i napisał emaila do dyrektora opolskiego ZUS ze skargą.

Możliwe, że tego emaila dyrektor nawet nie czytał. Natomiast do Baci nadeszło pismo: „w dniu 29 sierpnia 2012 r. został wysłany do niemieckiej instytucji ubezpieczeniowej wniosek o dalsze prawo do renty z tytułu niezdolności do pracy. Po otrzymaniu informacji o sposobie załatwienia wniosku poinformujemy Pana odrębnym pismem”. Podpisała się starszy aprobant Henryka Goebel.

Po przeczytaniu tego pisma Robert Bajwoł miał pełne prawo dostać trzeciego udaru mózgu, bądź drugiego zawału serca. Tak się jednak nie stało. Faktem jest, że albo z nadmiaru emocji, albo na skutek niedożywienia, Baci lekko odbiło. Inaczej zapewne nie wysyłałby kolejnego emaila ze skargą do dyrektora ZUS w Opolu. A uczynił ten błąd i w odpowiedzi otrzymał emaila, podpisanego przez Jolantę Starczewską. Starczewska poinformowała Bacię, że jego akta zostały wysłane na drugi koniec Polski – do oddziału ZUS w Białymstoku. Tam bowiem znajduje się Centrum Obsługi Świadczeń Wyjątkowych. Sytuacja Baci dlatego jest wyjątkowa, że dostał on wylewu w wieku 44 lat, czyli jako stosunkowo młody człowiek. „Po zwrocie akt zostanie wydana stosowna decyzja w terminie 30 dni” – napisała urzędniczka.

- Czy celem ZUS jest powolna eksterminacja kalek? – spytałem Jacka Dziekana, rzecznika prasowego ZUS.

- Zapewniam, że nikt z pracowników ZUS nie mści się na nikim, ani nie podejmuje działań odwetowych – oświadczył mi rzecznik.

- Tak wynika z dokumentów.

- Protestuję przeciwko użyciu takich sformułowań, jak okrucieństwo.

Rzecznik nie potrafił wyjaśnić mi, co za bałwan wymyślił procedury zusowskie. Dlaczego akta sprawy jednego człowieka muszą krążyć po całym kraju, z jednego oddziału do drugiego i od jednego urzędnika do drugiego?

Być może urzędnikom ZUS obce są takie uczucia, jak okrucieństwo czy mściwość. A jak jest z poczuciem obowiązku, profesjonalizmem, współczuciem, życzliwością? Także są im obce? Więcej życzliwości Robert Bajwoł doznał od pracowników parabanku i działających na tegoż zlecenie windykatorów. Kiedy dług Baci urósł do 400 zł, parabank wstrzymał narastanie dalszych odsetek i kar umownych, wynoszących 100 zł dziennie.

Jakiś czas temu PiS zaproponował likwidację NFZ. Ja mam kolejną – a może zlikwidować ZUS? Jedne urzędniczki ZUS postawić przed trybunałem ds. zbrodni przeciwko ludzkości, inne przed komisją ds. zbrodni przeciwko narodowi polskiemu. IPN miałby co robić przez kolejne kilkadziesiąt lat.

CM

Ostatnio zmieniany niedziela, 01 luty 2015 13:23
Więcej w tej kategorii: Łapówkarze w ZUS »

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku