Rozrzutność NFZ

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Narodowy Fundusz Zdrowia powstał po to, by finansować publiczną służbę zdrowia. Ale miliardy złotych, którymi dysponują urzędnicy kuszą, oj kuszą. Wydawać pieniądze na chorych? Skoro trzeba, to trzeba. Ale przy okazji coś niecoś uszczknie się na boku.

Coś niecoś to miliony, przywłaszczane przez urzędników NFZ całkiem legalnie i zgodnie z prawem. A że brakuje na leczenie pacjentów... Każdy przecież kiedyś wreszcie umrze. Z takiego założenia wychodzi chyba NFZ. Biurokraci z Funduszu stale oskarżani są o to, że skąpią pieniędzy na swoją statutową działalność, czyli finansowanie opieki zdrowotnej. W prasie i telewizji padają kolejne przykłady tego skąpstwa, tymczasem ci sami biurokraci potrafią lekką ręką szastać pieniędzmi. Dzieje się tak wówczas, gdy pieniądze te wydają na siebie.

Jak wygląda ochrona zdrowia w naszym kraju każdy widzi – kilometrowe kolejki do lekarzy, reglamentowane wizyty u specjalistów, odległe terminy zabiegów medycznych. Stomatolodzy skarżą się, że NFZ praktycznie finansuje już tylko usuwanie zębów, i plomby z amalgamatu.

Placówki medyczne narzekają na coraz niższe kontrakty. Chorzy na czerniaka drżą o swoje życie, bo minister zdrowia Bartosz Arłukowicz nie chce dać pieniędzy na sfinalizowanie badań nad szczepionką prof. Mackiewicza, o której już wiadomo, że ratuje ludzkie życie. Badania nad nią trwają od 15 lat i osoby, którym od tego czasu jest podawana wciąż są wśród nas, mimo że lekarze dawali im nie więcej niż dwa lata życia.

Do historii przechodzą już opowieści o kilkuletnich terminach u specjalistów, szczególnie kardiologów i nefrologów oraz ludziach, którzy mają tak odległe terminy operacji, że ich nie dożywają. Resort zdrowia to wszystko tłumaczy zbyt zbyt małą liczbą środków.

Tymczasem co roku znajdują się grube miliony na premie dla pracowników Narodowego Funduszu Zdrowia. Niedawno, w samej centrali w Warszawie, na nagrody za 2014 r., wydano 3,3 miliony zł. Prawie 2 mln zł rozdysponowano w oddziale wielkopolskim, a blisko 1,5 mln – w łódzkim. Jeśli przeliczyć to na pojedynczego pracownika wyszłoby, że każdy dostał od 2304 zł (w świętokrzyskim NFZ) po 8419 zł (w centrali). Ogółem na własne premie urzędnicy NFZ wydali kilkadziesiąt milionów złotych!

Nie jest to pierwszy przykład rozrzutności. Już pięć lat temu opinię publiczną zbulwersował fakt przyznania dyrektorom oddziałów Funduszu po 12 tysięcy złotych premii. Nawet Ministerstwo Zdrowia, zleciło przeprowadzenie kontroli. Andrzej Troszyński, rzecznik centrali skomentował wówczas sprawę: „Dyrektorzy po prostu dobrze pracowali: sumiennie, rzetelnie i twórczo". Ciekawe na czy polegała ta twórczość? Chyba na oszczędzaniu poprzez ograniczanie nam dostępu do usług medycznych. Twórcze podejście w tworzeniu kolejek do lekarzy specjalistów – to być może.

W 2012 roku na wypłatę nagród dla urzędników pracujących w warszawskiej centrali NFZ, wydano aż 1 milion 800 tys. złotych! Otrzymało je 280 urzędników, co oznaczało że średnia premia wynosiła blisko 6,5 tys. złotych. To dwa razy więcej niż dofinansowanie z NFZ na zakup aparatów słuchowych dla dzieci!

 

Nie inaczej było w 2013 roku. A przecież rozdawanie nagród na centrali się nie kończy, wszak są jeszcze oddziały terenowe. W ubiegłym roku, podczas gdy urzędnikom podnoszono pensje i rozdawano nagrody, obcięto wydatki na leczenie stomatologiczne o 17 mln. zł, a na leczenie szpitalne prawie o 8 mln. W ciągu zaledwie kilkunastu lat instytucja, która miała wprowadzić w naszej służbie zdrowia nowoczesne standardy wydatkowania pieniędzy stała się, na wzór ZUS, urzędniczym molochem zaspokajającym potrzeby nie pacjenta, ale swoje własne. Prawem pacjenta natomiast jest regularne opłacanie składek. Wszak potrzeby urzędników są ogromne.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku