Kilka dni temu 30 listopada media doniosły o spektakularnej akcji Nadwiślańskiej Straży Granicznej w Wólce Kosowskiej. Znajduje się tam centrum handlowe prowadzone przez Wietnamczyków. Celem akcji było poszukiwanie nielegalnych emigrantów. Zatrzymano jedynie dwóch Wietnamczyków bez wymaganych dokumentów. O ile nie okaże się, że doszło np. do pomyłki, to dwóch nielegalnych nie jest to chyba nic szczególnego. Ale akcję Straż Graniczna nagłośniła. Przedstawiła jako swój wielki sukces, bo przy okazji zatrzymano tonę mięsa bez wymaganych dokumentów. Zanim mięso zbadano genetycznie, Pani Rzecznik Straży Granicznej podała, że ponad 300 kg z tego mięsa, to mięso psie. Tak bulwersująca informacja nie mogła przejść bez echa. Wszystkie media podawały ją z odpowiednim komentarzem i najczęściej okraszone zdjęciami zabitych zwierząt. W Polskę poszedł przekaz, że u Wietnamczyków lepiej nic nie jeść, że to brudasy, oszuści, a nawet jeszcze gorzej. Dla Polaków bowiem ktoś, kto jada psy, jest jakimś półczłowiekiem, półzwierzęciem.
W Polsce mieszka ponad 40 tysięcy Wietnamczyków (niektóre źródła mówią nawet o 60 tysiącach), to najliczniejsza grupa cudzoziemców. Większość z nich mówi po polsku, prowadzi swoje interesy, są dość dobrze zorganizowani, mają swoje organizacje polityczne, prowadzą swoje szkoły, przedszkola, wielu z nich przeszło też na katolicyzm. Są absolwentami polskich uczelni.
Ale pamiętać trzeba, że wielu z nich, to polscy obywatele. A wszyscy, którzy prowadzą lokale gastronomiczne, są to polscy przedsiębiorcy. Prowadzą biznes, tworzą miejsca pracy, płacą podatki, z których m.in. opłacana jest Straż Graniczna. To źle! To trzeba zniszczyć!
Wielu z nich prowadzi, cieszące się dużym powodzeniem, z powodu smacznej kuchni, restauracje i uliczne punkty z szybkimi przekąskami. Taka informacja odbiła się znacznie na popularności ich interesów nie tylko w Warszawie, ale też w Szczecinie, Katowicach, Poznaniu. Z dnia na dzień ich restauracje opustoszały. Wietnamskie dzieci w szkołach były szykanowane przez rówieśników.
Teraz, po kilku dniach, okazało się, że zarekwirowane mięso to wieprzowina, drób i kozina. Mięso z kóz to przysmak wietnamskiej kuchni i od lat wielu polskich rolników hoduje te zwierzęta specjalnie na potrzeby restauracji prowadzonych przez Wietnamczyków. Czyli atakując "dzikusów", wyświadczono niedźwiedzią przysługę swoim. A może rolnicy to też jakieś dzikusy, którym należy dokopać? Takie rozumowanie wydaje się logiczne.
Zastanawiające jest to, że wydawałoby się inteligentny, wykształcony człowiek (wszak pracownicy Straży Granicznej muszą mieć co najmniej maturę), nie jest w stanie odróżnić psa od kozy! Nie trzeba być chyba kynologiem, by spostrzec różnicę. A nawet, jeśli ktoś jest wegetarianinem i nie potrafi odróżnić ryby od kota, albo psa od kozy, to chyba jako wegetarianin nie musi być takim imbecylem, by nie wiedzieć, że z ferowaniem osądów warto czekać na opinię fachowca. Nie słyszeliśmy o tym, by jedzenie wyłącznie groszku i marchewki powodowało skretynienie, ale kto wie, może Straż Graniczna wkrótce ogłosi i tę rewelację.
Dziś większość mediów oczywiście milczy i nie widać sprostowania informacji, ani przeprosin dla całej wietnamskiej diaspory. Nie ma też, jak dotychczas, oficjalnych przeprosin Rzeczniczki Straży Granicznej. Trzeba zatem zadać sobie pytanie, czy w demokratycznym państwie prawa można bezkarnie rzucać fałszywe oskarżenia powodujące straty finansowe i naruszające reputację całej społeczności, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji? Jak Nadwiślańska Straż Graniczna zamierza naprawić swoje błędy i czy w przyszłości też będzie się chwalić wielkim sukcesem, zanim sprawdzi fakty? Oby następne „sukcesy” naszych służb nie okazały się ich blamażem.
Co to za kraj, w którym działających legalnie przedsiębiorców dzieli się na ludzi i na podludzi? Wstyd i hańba ogromna, gdyż krajem tym jest Polska właśnie. A już słów brak na to, że podziału na ludzi i podludzi dokonują funkcjonariusze państwa.
Skomentuj
Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.