Jak się robi katastrofę

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Największej katastrofy budowlanej w Polsce nie byłoby bez czynnego udziału funkcjonariuszy polskiego państwa. 65 trupów, kilkadziesiąt osób trwale okaleczonych, ponad setka lżej rannych. I państwo polskie, w żywe oczy kpiące sobie z rodzin zabitych i z tych ofiar, które przeżyły.

 

Trzy dni temu w chińskim Tiencin doszło do serii eksplozji. Katastrofę w Chinach relacjonowano jakby to był jakiś dziki kraj. My Europejczycy z politowaniem kiwamy głowami nad tymi karygodnymi zaniedbaniami, w wyniku których giną setki ludzi. Tak jakby Polska pod tym względem nie była dzikim krajem. Krajem, gdzie funkcjonariusze państwowi za nic mają bezpieczeństwo, zdrowie, czy życie ludzkie. Tak, jak było w przyp MTK, gdzie inspektorat budowlany dopuścił do użytku halę z licznymi błędami konstrukcyjnymi i nie spełniającą wymogów bezpieczeństwa, mając w nosie los przebywających w środku osób. W rezultacie doszło do największej katastrofy budowlanej w historii Polski. 

Potem kpiono sobie z tych ofiar które przeżyły i rodzin tych, którzy zginęli. Broniąc się przed wypłatą odszkodowań. Walcząc przed sądem o to, by były one symboliczne. Kto walczył? Państwowa Prokuratoria Generalna. Jest to tym bardziej obrzydliwe, że bliższym i dalszym pociotkom ofiar katastrofy smoleńskiej, choć samolot był wojskowy a oni nie byli ubezpieczeni, państwo wypłaciło po 270 tys. złotych odszkodowania. W sumie wypłacono im 67,5 mln zł.  Bez jednej rozprawy sądowej. No ale zwykli ludzie to tylko zwykli ludzie, a tamci, choćby tylko byli krewnymi posłów i senatorów, to prawie półbogowie.

Zawalenia się pawilonu MTK można było uniknąć. Wystarczyłoby tylko trochę więcej odpowiedzialności i mniej niechlujstwa. Jednak wskutek splotu nieszczęśliwych zdarzeń i całej serii zaniedbań śmierć poniosło 65 osób, a 140 zostało rannych. Blisko 30 z nich doznało stałego uszczerbku na zdrowiu. Wśród ofiar śmiertelnych było ośmiu cudzoziemców. Kilkunastu innych obcokrajowców, znalazło się wśród poszkodowanych. Przyjechali do stolicy Górnego Śląska między innymi z Niemiec, Francji, Belgii, Czech, Węgier i Słowacji. Był też jeden Holender. 

Do tragedii doszło 28 stycznia 2006 roku, o 17.15. W największej i rzekomo –  najnowocześniejszej hali wystawienniczej - właśnie trwała międzynarodowa wystawa gołębi. Wewnątrz przebywało ponad tysiąc osób z całej Polski i zagranicy. Gdy dach zaczął trzeszczeć, ludzie rzucili się do ucieczki. Ci, którzy znajdowali się blisko otwartych wyjść, mieli szczęście - zdołali uciec w porę. Reszta została w środku, bo miała za daleko albo natrafiła na zamknięte drzwi, które odcięły drogę ucieczki. Kiedy hala się zawaliła, w środku było jeszcze około 700 osób.

W akcji ratowniczej wzięło udział ponad 1300 strażaków z 103 zastępów Państwowej Straży Pożarnej i zespoły ratownictwa medycznego z całego Śląska. Pomagali im zwykli ludzie – okoliczni mieszkańcy i osoby, którym udało się w porę uciec.  Z różnych stron Polski przyjechały grupy poszukiwawczo-ratownicze z psami. Na ratunek przybyli też policjanci z całego Śląska, strażnicy miejscy, oddziały Żandarmerii Wojskowej, oraz ci, który na wydobywaniu ludzi z zawalonych terenów znają się najlepiej – ratownicy Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego z Bytomia. Wszyscy solidarnie walczyli przez wiele dni o to, aby uratować jak największą liczbę osób. Pomóc oferowali Niemcy.  

Temat kontynuujemy jutro.

Ostatnio zmieniany niedziela, 16 sierpień 2015 20:37

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku