Prawo pełne bubli

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

Ludzie władzy, zarówno tej wykonawczej, jak i ustawodawczej pracują w pocie czoła. Wymyślają przepisy, które nie sprawdzają się w życiu, a potem trzeba je korygować.

 

 

 

W ten sposób nasi wybrańcy narodu zapewniają pracę na całą kadencję nie tylko sobie, ale także swoim następcom, którzy będą musieli po nich poprawiać. 

 Niedawno wprowadzono przepis, w myśl którego właściciel pojazdu zapłaci podwójną stawkę za badanie techniczne swojego pojazdu, jeżeli spóźni się do diagnosty choć jeden dzień. Oczywiście nowe prawo wprowadzono w celu "usprawnienia" życia obywateli. Budzi jednak ono sporo wątpliwości. Pomijając fakt, że już sam pomysł podwójnej stawki za przeterminowany przegląd jest kolejną formą represji, nie doprecyzowano kilku kwestii. Po pierwsze, tak zwanych sytuacji losowych, kiedy termin badania przypada na okres, gdy właściciel samochodu przebywa za granicą lub w szpitalu. Albo kiedy na przykład ma zakaz prowadzenia pojazdów. Jak powinien wówczas postąpić – pojechać na badanie mimo zakazu, czy zapłacić podwójnie, gdy odzyska prawo jazdy? 

Wszyscy chcemy, aby po drogach poruszały się same sprawne auta. Jednak dotyczy to samochodów poruszających się po ulicy. Tymczasem nowe przepisy obejmują nawet pojazdy, które stoją w garażu i nikt ich nie używa. 

Kierowcy u nas w ogóle mają ciężko - jeśli któryś zgubił lub skradziono mu prawo jazdy, będzie musiał poczekać na nowy dokument nawet 30 dni. W tym czasie nie wolno mu jeździć samochodem. Wydziały komunikacji nie wydają tymczasowego prawa jazdy, gdyż takie pojęcie nie istnieje w polskim prawie. Co prawda  wypisują zaświadczenie o posiadaniu uprawnień, jednak pismo to  nie jest honorowane przez funkcjonariuszy policji w trakcie kontroli drogowej. Więc zaświadczenie z wydziału komunikacji jest tylko świstkiem papieru, który w zasadniczy sposób nie zmienia sytuacji kierowcy. 

W jeszcze bardziej absurdalnej sytuacji znajdują się ci, którym odebrano prawo jazdy i muszą przystąpić do ponownego egzaminu. Nie mogą oni bowiem wykupić lekcji u instruktora, bo nie są już „kandydatami na kierowcę”. Mają też zakaz poruszania się „normalnym” samochodem, ponieważ wstrzymano im uprawnienia kierowcy. Aby więc wolno im było zgodnie z prawem wsiąść do auta szkoleniowego, muszą najpierw oblać egzamin praktyczny, by znów stać się „kandydatami na kierowców”.

Buble legislacyjne nie omijają też innych sfer życia. Niespełna dwa miesiące temu marszałek województwa śląskiego przekazał do utylizacji 4,5 tys. opakowań leków, które zostały po zlikwidowanych szpitalach. Wiele z nich znajdowało się na liście refundacyjnej. Wartość zniszczonych specyfików przekraczała 300 tys. zł. 

Marnotrawstwo? Ogromne. Tym większe, że za utylizację zapłacono ponad 2 tys. zł.  Ale tak samo postępują wszystkie likwidowane placówki medyczne i apteki.

Dlaczego? Ponieważ istnieje u nas prawo, które zabrania  przekazywania leków. Toteż trzeba je niszczyć.

Dzieje się tak w sytuacji, kiedy tysiące ludzi stają przed dylematem: „wykupić leki, czy jedzenie?”. Samorząd aptekarski nie jeden raz zwracał uwagę na problem marnotrawienia leków. Jednak, mimo że w ciągu ostatnich dwóch lat Sejm sześciokrotnie nowelizował prawo farmaceutyczne, tej kwestii nie rozwiązano.

Posłom zabrakło dobrej woli albo uważają, że sprawa jest nieistotna. Z wysokości poselskich ławek i rządowych stołków wiele problemów traci ostrość. 

Ostatnio zmieniany niedziela, 23 sierpień 2015 21:10

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku