Sprawny statystyk nawet z biedaka
potrafi zrobić bogacza.
Fakt, którego nie da się kwestionować, że dużo ładniej wygląda na papierze oszukiwane średnie wynagrodzenie w wysokości ponad 4 tys. zł niż to prawdziwe, ledwie sięgające 2.5 tysiąca. Z tego punktu widzenia GUS jest więc instytucją niezbędną.
Ale, jak jest naprawdę, każdy widzi. Codziennie z okien oglądamy biedaków wygrzebujących jedzenie ze śmietników, ciągle słychać o kolejnych eksmisjach, a ze wszystkich stron napływają informacje o gigantycznych, wręcz lawinowo rosnących długach Polaków. Analitycy GUS jednak podają dane tyczące innego świata – jest dobrze, a średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw wyniosła 4095,26 zł. Niemal więc pławimy się dobrobycie.
Gdyby tak kiedyś propagandyści, sławiący pod niebiosa rządzący w Polsce System, spojrzeli realnie na to, co sławią, musieliby wówczas przyznać jedno. Nawet ta wygórowana, podana przez GUS kwota, stanowi niecały 1 tys. euro. To sprawia, że i tak pod względem zarobków mieścimy się w trzeciej dziesiątce krajów Europy. Za Czechami, Portugalczykami, Chorwatami, Maltańczykami czy Słoweńcami. Nie mówiąc już o pogrążonych w kryzysie Grekach, którzy zarabiają ponad dwa razy więcej niż my.
A przecież należy pamiętać o jeszcze jednej kwestii. Polska jest krajem, w którym pracownicy największą część zarobków zwracają państwu w formie podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Oddajemy ponad 40 procent wypracowanych pieniędzy. W rezultacie kwota, którą otrzymujemy na rękę, wpycha nas na czoło Europejczyków, którzy muszą najmocniej zaciskać pasa. I nie zmieni tego 3,3-procentowy wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw.
Ten tekst jest kontynuacją tematu z dnia wczorajszego. Tamta publikacja nosi tytuł "Papierowy dobrobyt".