Dziewięcioletni Kacper najbardziej bał się, że komornik zabierze jego zabawki. Te, które dostał na komunię. Chłopiec najpierw dowiedział się, że otrzymał spadek po dziadku. Potem, że tym spadkiem był dług w wys. 18 tys. złotych, który ma być wyegzekwowany przez komornika. Komornik to jakiś diabeł - myślał chłopiec.
Jego dziadek dorabiał jako ochroniarz. Brał każdy wolny dyżur, aby zarobić na opłaty. Jednak to nie wystarczało, więc wziął kredyt w banku, którego jednak nie zdołał spłacić przed śmiercią. Jego żona i dwójka dzieci zrzekli się spadku. Ale córka nie uczyniła tego w imieniu swojego kilkuletniego syna. Notariusz uspakajała ją, że jej syn jest zbyt mały na to, aby odpowiadać przed sądem. Zawierzyła. Sprawa wydawała się zamknięta.
Po trzech latach sąd przypomniał sobie o - wówczas już 9-letnim Kacprze i wydał wyrok:
Dzieciak, który do pracy będzie gotów najwcześniej za jakieś 10 lat, musi spłacić dług dziadka.
Przerażeni dorośli w imieniu dziewięciolatka napisali list do Rzecznika Praw Dziecka. Na szczęście Rzecznik pomógł rozwiązać problem.
Podobny kłopot miała 14 letnia Nikola z Rudy Śląskiej. Dziewczyną i jej ciężko chorą matką opiekują się dziadkowie, rodzice matki. W grudniu ub. r. dziadkowie otrzymali pismo od komornika z Krakowa, który żąda od ich wnuczki ponad 20 tys. zł, na podstawie wyroku egzekucyjnego, który zapadł we Wrocławiu. Najpierw przekonani byli że to pomyłka, tym bardziej, że komornik nie chciał udzielić żadnej informacji. Później okazało się, że babcia Nikoli ze strony ojca wzięła pożyczkę. Kiedy zmarła, ojciec dziewczyny, który ma już nową rodzinę prawdopodobnie zrzekł się spadku i dług przeszedł na nastolatkę.
Zobowiązanie finansowe babci wynosiło zaledwie 3 tys. zł. Resztę z ponad 20 tys. długu stanowiły odsetki, koszta postępowania sądowego i egzekucji komorniczej.
Inną nastolatką zmuszoną do konfrontacji z komornikiem była trzynastoletnia Karolina spod Kielc. Ojca praktycznie nie znała, bowiem kiedy była jeszcze niemowlakiem, wyjechał do Niemiec. Niedawno zmarł w Hamburgu, a jej ciotka, siostra ojca zorganizowała pogrzeb. Teraz domaga się od dziewczynki 20 tys. złotych na pokrycie kosztów pogrzebu i sprowadzenia ciała oraz budowy nagrobka. Kwotę taką zasądził sąd, przed którym ciotka dziewczyny ograniczyła pierwotne żądania z 30 na 20 tysięcy złotych. Karolina mogłaby zrzec się spadku, ale gdyby to zrobiła, straciłaby dach nad głową, bowiem odziedziczyła po ojcu dom, w którym mieszka od urodzenia. Co prawda niewielki, drewniany i rozsypujący się, jednak zawsze to lepsze niż ławka w parku.
Kolejny gimnazjalista wkrótce będzie miał sprawę w sądzie za długi zmarłego ojca. Na dług składają się zaległości czynszowe oraz zaległe alimenty względem pozwanego, czyli owego ciągniętego przed sąd nastolatka. Jak z tego wynika, dziecko ma teraz sądowi zwrócić sumę alimentów, które ojciec miał temu dziecku przekazać, a nie przekazał. Czyli dziecko ma sądowi zwrócić alimenty, których nigdy nie otrzymało. A ta należność wynika właśnie z tego, że ich nie otrzymało.
Te parę przypadków to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Podobnych sytuacji w naszym kraju są setki, jeśli nie tysiące. Dzieciaki stają przed sądem w roli pozwanych. Płacą one za cudze grzechy. Są karane za to, że od życia dostały w kość. Bo rodzic je porzucił. Bo dziadek był biedny. Bo funkcjonariusz państwowy źle doradził. Nie mają one niebieskiego pokoju ani ochrony psychologa. System traktuje je na równi z dorosłymi. W łeb i z kopa.
Sfeminizowane polskie sądy obsadzone są głównie przez kobiety, a te jakoś nie zauważają cierpienia, przestrachu, krzywdy i ewidentnej niesprawiedliwości, jaką wyrządzają swoimi decyzjami dzieciom.
Tych dzieci nikt nie uświadamia o prawie do obrony. Przecież nie są pełnoletnie. Nie uświadamia się także ich opiekunów. Dla sądów czy komorników dzieci są idealnymi ofiarami, – w przeciwieństwie do dorosłych, którzy czasami znają swoje prawa, dzieci są absolutnie bezbronne.