Złoto dla bezczelnych. Część IV (ostatnia)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

W trakcie przeszukania jedne przedmioty rekwirowano, a inne nie. Zabrano worek złota. Tak samo było z samochodami. Niektóre auta zabezpieczano, inne nie.

Pokwitowanie odbioru przedmiotów - choć z niekompletnym spisem - zostało jednak wystawione. Potem przedmioty te rzekomo miały trafić do depozytu sądowego, gdzie po latach okazało się, że ich nie ma. Formalnie rzecz biorąc to sąd okradł Mirosława G. ze złota, samochodów, radiostacji przenośnych i części zamiennych do samochodów. Tych części zamiennych było tak dużo, że wywieziono je 11 ciężarówkami. Próbowano je upchnąć w dwóch garażach autobusowych należących do bielskiej policji, ale się nie zmieściły, więc "nadwyżkę" przekazano do sprzedaży pracownicy prokuratury, której konkubent prowadził handel częściami zamiennymi.

Po wielu latach i po kilku procesach sąd, a może raczej sądy, ustaliły, że zarekwirowane przedmioty nie pochodziły z przestępstwa. Mirosław G. ani ich nikomu nie ukradł, ani nie zrabował, nie przemycił przez granicę, nie wszedł w ich posiadanie w żaden inny nielegalny sposób. Wydano postanowienie o zwrocie zarekwirowanych przedmiotów. A tu konsternacja - przedmiotów tych w depozycie sądowym nie było. To znaczy formalnie rzecz biorąc były, ale się rozpłynęły. Mirosławowi G. oznajmiono, że nie ma należących do niego samochodów, złota, części zamiennych do aut i innych rzeczy. Oczywiście w tej sytuacji przysługuje mu prawo do odszkodowania. Inna kwestia, jak zostanie obliczona wartość tych rzeczy. Dla dobra skarbu państwa złoto można by uznać za niezbyt cenną imitację, na przykład tombak. Samochody mogły być przecież gruchotami. A części zamienne to był zwykły złom. 

Mirosław G. od dekady zawiadamiał sąd o złodziejstwie i o przywłaszczeniu różnych należących do niego rzeczy. Ponieważ zasypywał sąd pismami, są więc dowody, że informował sąd o fikcyjnym umieszczeniu różnych przedmiotów w depozycie sądowym. Na jego pisma nie było reakcji. A gdy wreszcie okazało się, że nie zmyśla, lecz w depozycie sądu rzeczywiście nie ma skradzionych przedmiotów, złożył doniesienie o popełnieniu przestępstwa. 

Dochodzenie w tej sprawie prowadziła prokuratura w Cieszynie. I pod koniec marca 2014 r. umorzyła ona postępowanie. Uznała, że niejasne są okoliczności popełnienia przestępstwa, czy brak wystarczających dowodów. 

Mirosław G. złożył zażalenie na tę decyzję. Zażalenie rzecz jasna trafiło do sądu w Cieszynie. A sąd na to, że nie jest władnym rozpoznać to zażalenie. Rozpoznawać je ma sąd w Bielsku-Białej. Czyli badać sprawę ma sąd, który sam jest w tej sprawie podejrzanym.

Na to Mirosław G., że zażalenie powinien zbadać sąd "właściwy". Przez rok myślano nad tym terminem. Który sąd jest sądem "właściwym"? W międzyczasie Mirosław G. zapytał o to Sąd Najwyższy, który wskazał sąd w Cieszynie. Ale w Cieszynie i Bielsku-Białej nie wzięto zdania Sądu Najwyższego pod uwagę.

Sprawą "właściwości" zajął się Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej. Uznając, że Sąd Najwyższy błądzi, Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej nie uwzględnił opinii Sądu Najwyższego. Sprawę tę badały sędzie, które już wcześniej rozpatrywały inne zażalenia Mirosława G., na przykład na przewlekłość postępowania i jak dotąd zawsze uznawały, że nie ma on racji. Mirosław G. żądał, by jego zażalenie rozpatrywał sąd cieszyński, jak wskazał Sąd Najwyższy, ale i tym razem sędzie stwierdziły, że G. racji nie ma. I sprawę zażalenia na umorzenie śledztwa dotyczącego zaginięcia dowodów rzeczowych mających znajdować się w depozycie Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej skierowały do Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. Sędzia Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej, który miał rozpatrywać to zażalenie, gdy poznał wszystkie te szczegóły, złapał się za głowę i się wyłączył. Uczynił prawidłowo.

Ostatecznie więc Sąd Najwyższy ponownie musiał wskazać, który to sąd ma rozpatrzyć zażalenie Mirosława G. na umorzenie śledztwa w przedmiocie zagubienia dowodów rzeczowych, mających być w depozycie Sądu Rejonowego w Bielsku-Białej. I wskazał sąd w Cieszynie. Sąd ten wreszcie zażalenie rozpoznał. I stwierdził, że nie można już ścigać policjantów i byłej prokuratorki, dziś sędzi, gdyż nawet, jeśli popełniono przestępstwo, to dziś już mamy przedawnienie.

Nieważne, że Mirosław G. od dekady zawiadamiał o tym przestępstwie sąd. 

Sprawiedliwości stało się zadość. Ci, którzy stanowią prawo, mają prawo, by grabić tych, których wcześniej posadzą. Najpierw posadzą do aresztu, a następnie na ławę oskarżonych.

Ostatnio zmieniany niedziela, 08 marzec 2015 12:22

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.




Dołącz do nas na Facebooku