Z ostatnich dni. TVN podał, że śledczy analizują pamiętnik W., dziewczyny, która miała pomóc swojej koleżance w samobójstwie. Przy okazji ujawnienia tajemnicy śledztwa, dziennikarze przy współpracy z prokuraturą, ujawnili imię dziewczyny, jej wiek, oczywiście to, że była bliską koleżanką samobójczyni i kilka innych szczegółów, dzięki którym mieszkańcy niewielkiej miejscowości, skąd obie pochodziły, bez trudu będą mogli ją zidentyfikować. Dziennikarze podali również, że "śledczy chcą zbadać, czy W. czerpała satysfakcję z udziału w zabójstwie". Bowiem pomoc w popełnieniu samobójstwa zakwalifikowano – być może słusznie zresztą – jako zabójstwo. Przy okazji sterowanego przecieku prokuratura pomogła zniszczyć dziewczynę – bo po takich oskarżeniach trudno uwierzyć, by traktowano ją inaczej niż tylko świruskę-psychopatkę. A przecież w świetle prawa ciągle jest ona niewinna.
Sprawa z 2010 r. Dziennikarze "Wprost" ogłaszają, że dotarli do 57 tomów akt śledztwa smoleńskiego. Opisują ostatni kontakt dwojga bliskich sobie osób. Tuż przed katastrofą mąż dzwonił do żony. Telefon kobiety nagrał go krzyczącego jej imię. Po co i na co o tym napisano – nie jest to jasne. Ale dziennikarze usprawiedliwiają się przed czytelnikami – jak napisali – tym, że w aktach szukali odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące katastrofy. W jaki sposób miała im pomóc relacja tego, co nagrało się na poczcie głosowej telefonu komórkowego żony? To chyba pytanie retoryczne. Wiadomo przecież, że chodziło o coś innego. Chodziło o to, by wywołać sensację.
Kilka miesięcy temu "Głos Wielkopolski" napisał, że w samorządzie aptekarskim w Wielkopolsce kwitła korupcja. Na łamach gazety oskarżono, skazano i wykonano wyrok na jednej ze znanych osobistości samorządu aptekarskiego. W artykule pisano o niej (owej osobistości) podając jej pełne imię i nazwisko, to jest imię i nazwisko rzekomego bądź autentycznego (jeszcze nawet nie zaczął się proces) łapówkarza. Swój tekst dziennikarze uwiarygodnili następująco:
"Dotarliśmy do szokujących szczegółów korupcyjnej sprawy"...
"Z naszych ustaleń wynika"...
"Policja wyposażyła Andrzeja M. w sprzęt nagrywający"...
"Do naszej redakcji trafił materiał ze spotkania. Jest szokujący"...
W tym samym artykule redakcja opublikowała stenogram z nagrania zarejestrowanego przez policyjne urządzenie podsłuchowe. W czyim interesie złamano prawo przekazując dziennikarzom ten materiał i inne rewelacje – to jasne i wynika z samego artykułu. Dziennikarze piszą w nim, że śledztwo trwa, prowadzone jest przez Prokuraturę Okręgową w Poznaniu. Prokurator wnioskował do sądu o areszt dla podejrzanego o korupcję, ale sąd się nie zgodził. Czytelnicy na podstawie treści artykułu powinni dojść do wniosku, że dzielnym śledczym sąd rzuca kłody pod nogi. Jaki ten sąd jest zły i niedobry, gdyż nie chce wykonywać życzeń policji i prokuratury!
Wiadomo, że po kilku miesiącach aresztu wydobywczego farmaceuta złamałby się i - gdyby tylko tego od niego żądano - przyznałby się nie tylko do łapówkarstwa, ale również do szpiegostwa, pedofilii, morderstw i napadów na banki, jak również do handlu bronią i narkotykami.