Pół biedy, kiedy odbieramy przesyłkę bezpośrednio od doręczyciela. Jednak większość pracowników tzw. „punktów awiza” czyli de facto kiosków i sklepików, słabo sobie radzi ze wspomnianymi „specjalnymi elektronicznymi urządzeniami”. O ile jeszcze właściciele placówek jakoś sobie radzą, dla ich pracowników obsłużenie urządzenia, to często przysłowiowa „czarna magia”. Odbiór jednego pisma nieraz trwa ponad 20 minut. Przy większej liczbie listów bywa już prawdziwa katastrofa.
- Myślałam, że coś mnie trafi. Bardzo się spieszyłam, a przede mną stał jakiś przedsiębiorca, który miał do odbioru kilkanaście przesyłek. A pani w kiosku nie umiała się zalogować do systemu. Potem miała problem z łączem. Straciłam niemal godzinę – opowiada pani Maria M. z Katowic. W mniejszych miejscowościach bywa dodatkowo jeszcze problem z zasięgiem sieci. W tej sytuacji procedura odbioru przesyłki może trwać i trwać, teoretycznie w nieskończoność.
W biurze prasowym InPostu dowiedzieliśmy się jednak, że takich problemów nikt nie zgłaszał, a rozwiązanie jest o wiele lepsze od tradycyjnego.
- Dzięki temu potwierdzenie odbioru przesyłki trafia do sądu niemal w chwili doręczenia - poinformowano nas.
Pozostaje jeszcze kwestia bezpieczeństwa. Czy nasz podpis, wędrujący internetowym łączem, na pewno nie trafi w niepowołane ręce? I pozostaje kwestia zgodności z prawem. Podpis złożony na ekranie urządzenia elektronicznego w świetle prawa nie jest podpisem.
Podpisem jest adnotacja wykonana na papierze, lub specjalnie wygenerowany, odpowiednio zabezpieczony, ciąg znaków, czyli tzw. podpis elektroniczny. Kreska czy kreski wykonane tzw. elektronicznym rysikiem na ekranie urządzenia elektronicznego żadnym podpisem nie jest. Jak więc to możliwe, że ma on stanowić to, czym nie jest dla instytucji zajmujących się ochroną prawa i ściganiem tych, co je łamią?