Kilka dni temu ujawniono, że na drogówkę nałożono normy w zakresie liczby wręczanych mandatów. Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Infrastruktury, w tym roku policja ma ukarać ponad 1,7 mln kierowców przekraczających prędkość i ponad 38 tys. kierujących wszelkiego rodzaju pojazdami, którzy popełniają wykroczenie wobec pieszych. Ponad 6 mln prowadzących auta powinno zostać wylegitymowanych. Ale to nie wszystko. Wytyczne dotyczą również pieszych, z których 685 tys. osób ma zostać wylegitymowanych, a co najmniej 420 tys. ukaranych mandatami. Widać polityka mandatowa to w Polsce prawdziwa żyła złota.
Niedawno też po cichu zamierzano znieść margines 10 km/h przy pomiarach dokonywanych przez fotoradary. Na razie z pomysłu zrezygnowano, choć bardziej stosowne byłoby określenie "odłożono w czasie", przypuszczalnie po to, aby trochę powstrzymać spadające w ekspresowym tempie słupki popularności rządzących.
Ale i bez tego, kierowcy łatwo nie mają. Mogą być sprawdzani na każdym kroku, przez coraz większą liczbę służb. Oprócz policji, może kontrolować ich - i prędkość z jaką się poruszają - także straż miejska, celnicy, straż graniczna i tak zwane "krokodylki" czyli funkcjonariusze Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Ci ostatni niegdyś kontrolowali tylko ciężarówki i autobusy. Ostatnio jednak rozszerzono ich uprawnienia na inne pojazdy, w tym samochody osobowe i motocykle.
- W zakresie prawa o ruchu drogowym mamy teraz takie prawa, co policja. Możemy zatrzymywać więc nie tylko ciężarówki, czy autobusy, ale również samochody osobowe, motocykle i innych użytkowników ruchu. Nasi inspektorzy mogą mierzyć prędkość za pomocą wideorejestratorów czy sprawdzając tachografy. Mają prawo legitymować kierowców i inne osoby przebywające w pojeździe oraz sprawdzać stan ich trzeźwości. Od zeszłego roku ITD zarządza też fotoradarami stojącymi przy naszych drogach – wyjaśnia Aleksandra Kobylska z Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego w Warszawie.
Inspektorzy sprawdzają więc dokumenty, stan techniczny pojazdu, wystawiają mandaty i naliczają punkty karne. Co ważniejsze - jeżdżą nieoznakowanymi samochodami, wyposażonymi w drogi sprzęt, na które GITD wydał mnóstwo pieniędzy. Dla naszego bezpieczeństwa? Bzdura! Gdyby rzeczywiście o to chodziło, pieniądze te spożytkowano by na remonty dróg, bo wiele z nich jest w takim stanie, że poruszanie się po nich prędkością o wiele niższą od dopuszczalnej, grozi poważnym wypadkiem, albo na lepsze i bardziej sensowne oznakowanie.
Łupienie kierowców odbywa się w majestacie prawa. Inspektorzy drogowi koncentrują się na samochodach osobowych, łapiąc kierowców na przekraczaniu dozwolonej szybkości, tymczasem nasze ulice i szosy rozjeżdżane są przez coraz rzadziej kontrolowane, przeładowane ciężarówki i zdezelowane autobusy komunikacji miejskiej, które są prawdziwym zagrożeniem. O wiele większym niż samochód jadący co prawda ponad 50 km/g ale ze sprawnymi hamulcami. Jednak ich stan techniczny, choć często pozostawiający wiele do życzenia budzi coraz mniejsze zainteresowanie inspektorów.