Policjanci polowali na sprawców rzekomego pobicia. Pobitym miał być syn jednego z funkcjonariuszy. Tyle, że gdy prokuratura przesłuchała go w charakterze świadka, wówczas przyznał, że jechał zbyt szybko na rowerze. Przewrócił się i poturbował. A bojąc się ojcowskiego gniewu powiedział w domu, że został przez kogoś pobity.
Sceny, jak z osłwionego więzienia Abu Ghraib, gdzie CIA torturowała Irakijczyków, rozegrały się w Komendzie Powiatowej Policji w Oleśnicy. Piszemy "rozegrały się", a nie "miały się rozegrać", mimo że policja oficjalnie twierdzi, że do żadnego pobicia nie doszło. Nie doszło do pobicia, do skatowania dówch młodych ludzi, do prawdopodobnej próby zabójstwa przez uduszenie. To stanowisko policji, która nikogo w tej sprawie nie zawiesiła i w ogóle nie ma ochoty nic z tym robić. Tyle, że obu pobitych pokazała telewizja. Widzowie TVP Info mieli okazję obejrzeć sobie sińce na twarzy, krwiaki, wybite zęby. Policja będzie zapewne twierdzić, że sami się tak urządzili. Może jeszcze postawią im zarzuty składania fałszywych zeznań.
Do tego aktu bestialstwa doszło w tym samym czasie, kiedy dochodziło do tragicznych w skutkach interwencji policyjnych w Legionowie i w Sosnowcu. Oleśnica to 36-tysięczne miasteczko położone na Dolnym Śląsku, otoczone wioskami. Policjanci oleśnickiej komendy urządzili sobie rajd po tych wioskach typując sprawców rzekomego pobicia syna jednego z funkcjonariuszy. W tym czasie dwóch młodych mężczyzn wybrało się na zakupy butów sportowych na mecz. Mieli pecha, gdyż własnie w tej okolicji, gdzie właśnie przebywali, policjanci prowadzili swoją całkiem prywatną akcję polowania na podejrzanych. Polowanie prowadzili przy użyciu trzech samochodów, być może prywatnych, a być może służbowych - nieoznakowanych radiowozów.
Myśliwi zauważyli Pawła i Sebastiana na jednej z ulic. Zatrzymali samochody. Wysypało się z nich aż 9 ludzi. Dwaj podejrzani o pobicie nie zostali wylegitymowani, o nic ich nie pytano, tylko przemocą wsadzono do samochodów i przeiwziono na policję. A tam się zaczęło nie tylko regularne lanie. Policjanci stosowali również techniki, podpatrzone u oprawców z Abu Ghraib. Użyli przemocy fizycznej, słownej i psychicznej. Obu mężczyzn poddali prawdziwym torturom. Oczywiście, jeśli wierzyć relacji katowanych. Byli oni dręczeni tak długo, aż się przyznali. Przyznali się, choć jak twierdzą, nawet nie wiedzieli, do czego. Nie wiedzieli, że chodzi o pobicie chłopaka.

Pierwszy z torturowanych przez Oleśnicką policję wspomina, że jego przesłuchanie zaczęto od bicia. Wprowadzono go do jednego z pokojów, wpadł tam ojciec poobijanego rowerzysty i jak wspomina Sebastian - tak mu przyłożył "z liścia", że mężczyzna przewrócił się na podłogę. "Z liścia" oznacza uderzenie otwartą dłonią. Musiało być potężne, skoro młody człowiek stracił równowagę i upadł.
Gdy leżał, zaczęto go kopać. Był skuty, więc funkcjonariusze podnosili go za kajdanki, gdy chcieli go okładać pięściami.
Założyli na głowę plastikowy worek, który zaczęli ściskać. Jeśli tak było, to doszło do próby zabójstwa. Z tym workiem na głowie Sebastian był dalej bity. Nie tylko pięściami, lecz również linijką. Gdy zaczął się dusić, udało mu się przegryźć worek i złapał oddech.
Paweł relacjonuje, że "kopano go po przyrodzeniu". "Dzieci już nie będziesz miał" - drwili z niego policjanci. I bili naprawdę pracowicie. Do utratu tchu. Tak, że musieli się zmieniać. "Dwóch wychodziło, dwóch wchodziło" - opowiada drugi ze skatowanych mężczyzn.
Jak już napisaliśmy, syn funkcjonariusza nie został przez nikogo pobity. Historyjkę o pobiciu wymyślił, bo bał się reakcji rodziców. W zasadzie trudno mu się dziwić, skoro za ojca ma takiego oprawcę. Obaj skatowani mężczyźni, mimo że przyznali się do popełnienia przestępstwa, po spędzonej na dołku nocy zostali wypuszczeni.
Najstraszniejsze jest to, że policja wszystkiemu zaprzecza. Rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu poinformował, że komendant z Oleśnicy wszczął postępowanie wyjaśniające. Ustalono, że nic się nie stało. Na komendzie nikogo nie pobito. Funkcjonariusze nikogo nie katowali. To wszystko to bajki dwóch ludzi, którzy najwyraźniej chcą w złym świetle przedstawić oleśnicką komendę. Nikogo nawet nie zawieszono, choć tożsamość przynajmniej jednego z katów w policyjnych mundurach nie może budzić wątpliwości. Tego od "liścia".
Źródło:
TVP Info, informacje własne