Zamiast jednak zainwestować w sprzęt i ludzi, ministerstwo finansów nakłada na urzędy skarbowe absurdalne limity mandatów - Jako kontroler skarbowy jestem rozliczany z liczby kontroli, kwoty wykrytych nieprawidłowości i wartości pieniędzy dostarczonych budżetowi. Najłatwiej więc ukarać małą lub średnią firmę bo duże, zagraniczne korporacje przeważnie obstawiają się kancelariami podatkowymi i prawnymi. U nich kontrole są o wiele trudniejsze a drobni przedsiębiorcy, którzy sami wypełniają dokumenty, częściej się mylą – przyznaje Mieczysław Sajler.
Jeśli inspektor kontroli nie ukarze odpowiedniej liczby firm otrzyma negatywną ocenę i zostanie ponownie oceniony za pół roku. Jeśli znów zostanie negatywnie zweryfikowany, minister finansów może go odwołać co praktycznie równa się zwolnieniu z pracy.
- Zgłosił się do mnie inspektor, który w 50 kontrolach nie natrafił na żadne nieprawidłowości, a mimo to dostał polecenie wystawienia 20-30 mandatów. Tak na odstraszanie. Kiedy tego nie zrobił wszczęto postępowanie dyscyplinarne i ukarano go. Uniewinniono go po procesie w dwóch instancjach. Co pokazuje zaciekłość naszych przełożonych. - opowiada Sajler.
Łupem inspektorów skarbowych padają płotki, bezdomni i słupy potem wystawia się na ich konto ogromne kwoty zaległych podatków. Wiadomo, że nie zapłacą. Skarb państwa nie dostaje należnych pieniędzy. A oszuści ukrywają się w rajach podatkowych. Razem ze swoimi pieniędzmi.
Źródło http://natemat.pl/